W Polsce od piętnastu lat początek stycznia pachnie nie tylko choinkami schnącymi w kącie i mandarynkami, ale też potencjalnym skandalem związanym z plebiscytem na Słowo Roku. Eksperci z Uniwersytetu Warszawskiego i Fundacji Języka Polskiego spotykają się, aby w tajemnym zaciszu ustalić, które słowo w szeroko pojętych mediach, mowie potocznej, a także w memach i wpisach na portalu X było najpopularniejsze i zyskało nową dynamikę użycia. Czasem jest to „uchodźca”, czasem „katastrofa klimatyczna”, a czasem coś towarzyszącego nam (niestety) od dawna, jak „inflacja”. Słowo nie musi być ładne, lubiane ani nowe, ale musi być prawdziwe – świadczyć o zeitgeiście, duchu czasów, a w tym przypadku: duchu roku, który właśnie minął.
Gdyby jednak taki plebiscyt zorganizować nie wśród językoznawców, lecz wśród tych, którzy w niedzielę — bez względu na aurę — wciąż jeszcze, mimo wszystko, zakładają buty, płaszcz i idą do kościoła, wynik byłby znany z góry. Nie trzeba by nawet zliczać głosów. Jednomyślnie, ponad podziałami, wybrzmiałoby jedno hasło: reforma. Powiedz „reforma” w grupie katolików, a zobaczysz, jak oczy im błyszczą. Jedni wyobrażają sobie natychmiastową liturgię w języku gwarowym, z gitarą elektryczną i kawą na ołtarzu; drudzy — powrót do Mszy trydenckiej w każdej parafii, z organami i powszechną znajomością sancta lingua latina wśród laikatu. Trzeci marzą o rozliczeniu kurii, czwarci o kobiecym diakonacie, piąci o zniesieniu celibatu, szóści o jego zaostrzeniu. A wszyscy — absolutnie wszyscy — zgadzają się co do jednego: trzeba reformować i to natychmiast.
To pragnienie, graniczące z pożądaniem, jest tak powszechne, że stało się już niemal rytuałem. Nowy papież? Natychmiast „reformator”. Nowy metropolita? „Wreszcie reforma”. Nowy proboszcz w sąsiedniej parafii? „Może on coś zmieni”. Nie inaczej było w maju 2025 roku, gdy kardynał Robert Prevost został papieżem Leonem XIV. Wtedy fala „nadziei” na reformę była taka sama. Media świeckie pisały o „nowym otwarciu”, portale katolickie o „historycznej szansie”, a w komentarzach pod licznymi artykułami „postępowcy” i „tradycjonaliści” zgodnie bili brawo — każdy w swoim kluczu i swoim, wzajemnie sprzecznym, postrzeganiu rzeczywistości. Frustracja przychodzi dopiero później, gdy okazuje się (kto by pomyślał!), że Leon XIV nie zburzył kurii, nie wprowadził Mszy w esperanto i nie ogłosił synodalnego referendum w sprawie sakramentów. Wtedy zaczyna się lament: „Gdzie ta reforma?”.
A przecież Kościół od dwóch tysięcy lat jest w permanentnej reformie — tyle że nie tej, o której marzą plebiscytowi entuzjaści i zawodowi zadymiarze. Reformą jest każdy święty, który zamiast narzekać na zepsucie kleru, po prostu żyje Ewangelią tak radykalnie, że inni zaczynają się wstydzić. Reformą jest każdy spowiednik, który w ciemnym konfesjonale nie gani na ślepo, lecz rozumie penitenta, rozgrzesza i każe iść w pokoju. Reformą jest każda matka, która w chaosie poranka i gromadki dzieci potrafi jeszcze powiedzieć: „Bóg jest miłością” — i naprawdę w to wierzy. Największymi reformatorami nie byli ci, którzy wymyślali najdłuższe listy postulatów. Największymi byli ci, którzy po prostu trwali w tym, co sprawdzone w czasie — w wierze, w modlitwie i w miłosierdziu — gdy wszyscy wokół krzyczeli, że „trzeba coś zmienić”.
Święty Jan Paweł II przypominał nam: „Kościół dzisiejszy nie potrzebuje nowych reformatorów, Kościół potrzebuje nowych świętych[1]”. Nie tych z „płaskimi twarzami[2]”, lecz tych z krwi i kości: zmęczonych rodziców, zestresowanych księży, samotnych emerytów, studentów, którzy w akademiku potrafią bez wstydu uczynić znak krzyża przed posiłkiem. Świętych, którzy nie czekają na „wielką odgórną zmianę”, lecz sami stają się nią, ale we właściwy sposób — od dołu i natychmiast. Bo prawdziwa reforma Kościoła nigdy nie zaczyna się od okólnika z Kurii Rzymskiej ani od nowej instrukcji liturgicznej. Zaczyna się od serca jednego człowieka, który zamiast pytać: „Kiedy wreszcie reforma?”, mówi w pokorze: „Oto ja, poślij mnie”[3]. I wtedy, bez fanfar i oklasków, dzieje się coś naprawdę wielkiego. Coś, co nie potrzebuje Słowa Roku — bo jest Słowem wiecznym.
[1] V. Messori, „Raport o stanie wiary”, Michalineum 1986 r., s. 35.
[2] Odwołanie do tekstu utworu pt. Kwestia Odwagi autorstwa Jacka Kaczmarskiego
[3] Iz 6,8
/mdk