Zabrania się upraszczać!

2026/03/16
AdobeStock 520395917
Fot. juliasudnitskaya/Adobe Stock

Słyszałam kiedyś kazanie, które do tej pory mnie prześladuje. Ksiądz najpierw mówił do uczestniczących w niedzielnej mszy wiernych, jacy okropni są ci, co nie chodzą do kościoła, a potem zaczął temat „ach, ta dzisiejsza młodzież”…

Konkluzja, że „dzisiejsza młodzież jest do niczego”, poprzedzona była historią wziętą z życia mówcy, który wybrał się na rajd rowerowy i nie spotkał tam żadnego młodego człowieka. Wniosek: młodzi to już nawet na rower nie wyjdą, tylko w tych telefonach siedzą i nic ich nie obchodzi. Wydaje się absurdalne? Nie bardziej niż to, że kapłan dowodził tej „racji” przez ponad pół godziny.

Na podstawie jednego, wyrwanego z kontekstu, zależnego od miliona czynników wydarzenia nie wolno wyciągać wniosków odnoszących się do ogromnej i bardzo różnorodnej grupy ludzi. A już kategorycznie nie wolno mówić takich rzeczy w Kościele, do którego na tak wiele różnych sposobów próbujemy młodych przyciągnąć.

Nie jest to, niestety, jedyny przykład tego typu myślenia u kapłana, z jakim się spotkałam. Miałam również nieprzyjemność uczestniczyć w wykładzie, który miał dotyczyć zupełnie innego tematu, natomiast przez godzinę ksiądz prezentował bardzo osobliwe i nie poparte faktami opinie. Główną tezą wystąpienia było to, że młodzi w ogóle nie chcą brać już ślubów, tym bardziej kościelnych, a jak już robią jakiś „ślub humanistyczny”, to absolutnie nie zapraszają na niego swoich rodziców, bo ci tylko wadzą. Byłam na tym wykładzie z koleżanką. Obie jesteśmy mężatkami. Po ślubie sakramentalnym. I otóż w naszych ślubach uczestniczyli rodzice. Nie twierdzę, że we dwie stanowimy grupę kontrolną, ale w roku, kiedy ja brałam ślub, uczestniczyłam w pięciu ślubach, z czego tylko jeden był cywilny. W ogóle w życiu byłam na trzech ślubach cywilnych. Może żyję w tzw. „bańce”, ale czy fakt, że jestem w stanie się w takiej znajdować, nie świadczy o tym, że młodzi ludzie biorący ślub kościelny to nie jest zjawisko wymierające i jednostkowe?

Następnie mówca wygłosił arbitralnie, że jedynacy to w ogóle jest najgorszy „rodzaj” młodzieży, dla której nie ma ratunku, bo nie byli od małego nauczeni dzielenia życia z innymi i tolerowania odmienności, więc nigdy nie stworzą zdrowego i szczęśliwego związku. Przyznam, że jako jedynaczka po tym stwierdzeniu usilnie starałam się nie słuchać reszty.

Krzywdzące i… nieprawdziwe

Zmierzając w kierunku tematu, który podejmujmy w bieżącym numerze – pogląd, czy też stereotyp, że młodzi nie decydują się na potomstwo z wygodnictwa i samolubstwa, jest nie tylko bardzo krzywdzący, ale i niezgodny z prawdą, co pokazują liczne badania oraz statystyki, ale i życiowe obserwacje.

Rozmawiałam niedawno w koleżanką, która obraca się w różnych środowiskach – wierzących oraz niewierzących – i powiedziała mi, że w jej kręgu znajomych, z którymi rozmawia na takie tematy, dokładnie połowa ma dzieci lub ich oczekuje, a druga połowa ma trudności z zajściem w ciążę, spowodowane najróżniejszego rodzaju przesłankami medycznymi. Tutaj mogłabym zakończyć ten tekst, bo myślę, że mając świadomość powszechności problemu niepłodności, każdy powinien się dwa razy zastanowić, zanim wygłosi krzywdzące uogólnienie zacytowane na wstępnie paragrafu.

Dane obalające mity

Przy okazji Marszu Niepodległości media obiegły zdjęcia banneru przygotowanego przez Młodzież Wszechpolską z napisem: „Kotki i psiecka nie zastąpią ci dziecka! Polski naród wymiera! Trwa katastrofa demograficzna, a wskaźnik urodzeń w Polsce wynosi drastyczne 1,16! Demografia to przyszłość!”. Natomiast raport „Przyczyny bezdzietności i niskiej dzietności w Polsce”, zrealizowany przez Fundację Instytut POKOLENIA, mówi jasno, że psa posiada 50,8% matek i 32,1% kobiet bezdzietnych, a kota – 38,7% matek i 34,3% kobiet bezdzietnych. „Inne” zwierzęta posiada 31,5% matek i 15,8% kobiet bezdzietnych.

Demograf Mateusz Łakomy w wywiadzie dla KAI wyjaśnia, że problem kryzysu demograficznego jest o wiele bardziej złożony, niż powszechnie myślimy. Przede wszystkim nie dotyczy on wyłącznie Polski, ale jest zjawiskiem ogólnoświatowym i jest związany z rozwojem społeczeństw. Następnie demograf zaznacza, że „w zdecydowanej, wręcz miażdżącej większości ludzie chcą mieć dzieci”, a w badaniach osoby zdecydowanie wyrażające chęć bycia bezdzietnym pojawiają się w małym odsetku dopiero od 2020 roku.

Jako najważniejszą przyczynę kryzysu demograficznego Łakomy podaje trudności w formowaniu związków. Zgodnie z badaniami CBOS zaledwie 12% osób w wieku 18-29 lat jest w związku małżeńskim, a prawie 45% nie pozostaje w żadnym związku, nie chodzi nawet na randki. Z kolei dane dla naszego kraju jasno wskazują, że będąc w małżeństwach, chętniej decydujemy się na dzieci. Widzimy więc, że problemem nie jest stereotypowe „wygodnictwo”, tylko inne, społeczne przyczyny.

Innym ważnym, a zbyt często pomijanym tematem w szerokiej kwestii demograficznej jest rynek pracy i zjawisko, które Łakomy określa jako „patologiczną (…) niedostępność stabilnej pracy dla młodych dorosłych w wieku od 20 do 30 lat”. Brak poczucia bezpieczeństwa w kwestii umowy o pracę idzie w parze z niestabilnością dochodów w okresie urlopu macierzyńskiego, a oba te czynniki wpływają na odsuwanie decyzji o poczęciu. Dodajmy do tego „równania” późniejszy wiek zawierania małżeństwa, a otrzymamy siłą rzeczy mniejszą liczbę dzieci w rodzinach. Kobietom zwyczajnie brakuje, z biologicznego punktu widzenia, czasu, aby urodzić tyle dzieci, ile ich babcie. Nie jest to kwestia niechęci do posiadania potomstwa.

Dodałabym jeszcze do powyższych punktów, które oczywiście tematu nie wyczerpują, że coś, co często napawa lękiem, to brak siatki pomocy. Mówi się, że „aby wychować dziecko, potrzeba całej wioski” – i jest w tym dużo prawdy. Młodzi żyją teraz często z dala od swoich rodziców i krewnych, a nawet jeżeli mają możliwość skorzystać z ich pomocy, to dziadkowie będący nadal aktywni zawodowo nie mają chęci lub możliwości takiego zaangażowania się przy wnukach, jakie byłoby potrzebne. Zostają więc placówki opiekuńcze, które nie należą do najtańszych, do tego niemały kredyt na mieszkanie i mamy jakiś procent odpowiedzi na pytanie, czemu młodzi nie decydują się dzisiaj na więcej dzieci – część czuje się do takiej decyzji przymuszonych przez system.

Nie upraszczajmy – obalajmy

Zamiast oceniać i formułować wobec młodego pokolenia krytykę opartą na stereotypach, raczej zapraszam krytykujących do pokazania pozytywnego przykładu. Młodzi ludzie pochodzący z rozbitych rodzin mogą się bać, że każde małżeństwo skazane jest na niepowodzenie. Gdyby spotkali na swojej drodze szczęśliwe małżeństwa z długim stażem, mogliby zyskać dobry przykład i nabrać odwagi do podjęcia tego zobowiązania. Osobom niepochodzącym z wielodzietnych rodzin i niemających takich w swoim otoczeniu ciężej jest sobie wyobrazić, jak dobrze może funkcjonować duża, kochająca się rodzina. Zamiast więc powielać krzywdzące stereotypy, zachęcam do ich obalania.

 Tekst pochodzi z kwartalnika nr 1/2026

 

/ab

CCH 6750 kwadrat

Aleksandra Bilicka

Dziennikarz i kulturoznawca. Redaktor portalu e-civitas.pl, sekretarz redakcji Kwartalnika Civitas Christiana.

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#demografia #stereotyp #młodzież #rodzina #rodzice #dzietność
© Civitas Christiana 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej