Będąc małą dziewczynką, miałam na ścianie wielką mapę świata. Często zerkałam na umieszczoną na niej wyspę, która była drugim i, jak się wydawało, nieosiągalnym końcem świata. Wtedy też wymarzyłam sobie, że kiedyś zobaczę Nową Zelandię, o której jednocześnie nic nie wiedziałam. W ten sposób kilkanaście lat później znalazłam się na tej wyspie, która w swoim krajobrazie zawiera właściwie wszystko, a w swojej kulturze nie ma praktycznie nic.
Kraj
Nowa Zelandia była nawiedzana przez Europejczyków wiele razy, jednak pierwszy raz dokładnie zbadał ją i opisał w 1769 roku James Cook, który był Brytyjczykiem. Do tego czasu zamieszkiwały ją plemiona Maoryskie, które słynęły z kanibalizmu. W XIX wieku na wyspę przybywało coraz więcej kolonizatorów z Wielkiej Brytanii, aż w 1840 roku podpisano Traktat z Waitangi, który włączał plemiona w granice imperium brytyjskiego. Nie zakończyło to konfliktów z wodzami maoryskimi, jednak siły brytyjskie skutecznie kończyły wojny. Nowa Zelandia zyskała niepodległość w 1947 roku.
Opisując współczesną Nową Zelandię, można to zrobić w trzech słowach: zieleń, owce, ocean. Na wyspie właściwie nie ma upraw, a lokalni farmerzy zajmują się hodowlą owiec, bydła i jeleni. Wpływa to znacznie na krajobraz i brak rozoranych pól, zamiast których ciągną się zielone pastwiska. Zwierzęta hoduje się głównie na mięso, a w przypadku owiec również dla wełny.
Kraj dzieli się na dwie wyspy: północną i południową. Na wyspie północnej krajobraz jest zdecydowanie mniej zróżnicowany, co oznacza, że składa się z zielonych, pofałdowanych wzgórz, na których pasą się owce, a także z zalesionych parków krajobrazowych. Wyspę okalają piaszczyste plaże. Znajdziemy na niej wiele wodospadów oraz gorące źródła. Południowa wyspa to głównie wyższe góry, z których najwyższa jest Góra Cooka. Jest tu wiele lodowców, które tworzą krystalicznie czyste, szmaragdowe jeziora.
Ludzie
Szybko odkryłam, że ludzie są tutaj niezwykle otwarci. Wystarczyło nawiązać z kimś kontakt wzrokowy, by za chwilę wywiązywała się rozmowa, która mogła trwać nawet godzinę. W ten sposób, rozmawiając z kilkoma „kiwi” – jak mówią o sobie Nowozelandczycy – dowiedziałam się wiele o ich kulturze. Przy wsparciu rządu podejmowane są próby odtwarzania kultury i języka maoryskiego, większość mieszkańców nie jest jednak zainteresowana utrzymywaniem tego dziedzictwa. Nawet ludzie mieszkający tu od urodzenia nie próbują nauczyć się poprawnej wymowy nazw miejscowości, które często są w języku maoryskim. Dla nas mogą one być równie trudne do wymówienia, bo często składają się z bardzo dziwnego układu liter, który wygląda na dość przypadkowy.
Tutaj też po raz pierwszy zetknęłam się z czymś, co – jak mi się wydawało – występuje tylko w Stanach Zjednoczonych, czyli brakiem dziedzictwa kulturowego dotyczącego jedzenia. Kraj z tak krótką historią – przed którą na dodatek w menu występował człowiek – faktycznie może nie mieć swoich regionalnych potraw, ale w tym wypadku właściwie wszystkie zostały zapożyczone z Wielkiej Brytanii. Na każdym kroku znajdziemy tu fish’n’chips, w droższych restauracjach pieczoną jagnięcinę, a w każdej karcie dań będą burgery.
Z góry na dół
Zwiedzanie kraju rozpoczęłam od północy, po wylądowaniu w Auckland. Opis całego kraju może zająć naprawdę dużo miejsca, więc postaram się skupić na tym, co sprawia, że jest tu wyjątkowo. Pierwszą ciekawą rzeczą są drzewa kauri, które przez tysiące lat porastały całą wyspę. Niektóre z nich przetrwały do dziś – najstarsze takie żyjące drzewo ma około 3 tysięcy lat. Rośliny te osiągają ogromne rozmiary, co czyni ich oglądanie niezwykłym przeżyciem. Większość z nich można zobaczyć w chronionych rezerwatach, gdzie przed i po wyjściu musimy dokładnie umyć nasze obuwie, by zapobiec rozprzestrzenianiu się chorób.
Dla osób szukających miejsc na dłuższe spacery po wyższych górkach, a także kąpiele w gorących źródłach i plażowanie odpowiedni będzie Półwysep Coromandel. Znajduje się tu dużo szlaków, z których rozpościerają się niezwykłe widoki na pobliski ocean oraz wzgórza. Takim szlakiem warto wybrać się na Hot Water Beach, gdzie w piasku, przy samym oceanie, można wykopać sobie dół, który wypełni gorąca woda z bijącego pod plażą źródła. W trakcie odpływu na plaży pojawia się wiele osób, które łopatami rozkopują ziemię w różnych miejscach. Jednak nie wszystkim od razu udaje się dokopać do źródła. W celu znalezienia ciepłej wody trzeba chodzić gołymi stopami po piasku i znaleźć miejsce, gdzie jest on wyraźnie cieplejszy. W momencie gdy zaczyna się kopać, zwykle dołączają inne osoby, które oferują pomoc w wykopaniu „jacuzzi” w zamian za możliwość skorzystania z niego. Jest to bardzo integrujące zajęcie, podczas którego można poznać naprawdę wiele osób.
W sercu północnej wyspy leży jezioro Taupo, a nad nim króluje góra Tongariro. Słynie ona ze swojej wysokości i szlaku o nazwie Tongariro Alpine Crossing. Wycieczka tą trasą zajmuje cały dzień, jednak ze względu na warunki pogodowe w każdej chwili może zostać odwołana, co nam się przytrafiło. W wypadku złej pogody zarówno szlak, jak i busy, które kursują do jego początku, zostają odwołane. Niewiele więcej szczęścia mieliśmy z górą Taranaki, która jest właściwie idealnie okrągłym, wygasłym wulkanem. Jego szczyt prawie zawsze pokryty jest śniegiem. Niestety, w momencie załamania pogody, co może nastąpić w każdej chwili z powodu bliskości oceanu, znika ona zupełnie za chmurami. Tak jak jesteśmy nauczeni, że należy spodziewać się częstych zmian pogody w górach, tak ta zasada odnosi się do całej Nowej Zelandii ze względu na to, że jest to samotna wyspa pośrodku oceanu.
Kolejną nieoczywistą atrakcją są jaskinie wypełnione świecącymi robaczkami. Takie miejsca można znaleźć na prawie całej północnej wyspie. Zwiedzanie jaskiń odbywa się na kilka sposobów. Niektóre z nich są właściwie płytkimi, zacienionymi miejscami w skałach, gdzie można przyjść po zmroku i zobaczyć świecące na niebiesko ściany. Innym sposobem jest wykupienie wycieczki z przewodnikiem do głębszej jaskini. Najciekawszy sposób, jaki widziałam, to spływ jaskiniowym strumieniem na pontonach. Propozycji jest naprawdę wiele.
Zobaczyć kiwi i ruszyć dalej na południe
Pierwszym skojarzeniem z Nową Zelandią jest ptak kiwi. Obecnie jego populacja na wyspach wynosi około 70 tysięcy osobników, choć w przeszłości było ich około dwóch milionów. Kiwi żeruje po zmroku i nie jest łatwo go spotkać. Zdecydowanie łatwiejszym sposobem jest wybranie się do kilku miejsc, w których żyje w niewoli w celu rozmnażania gatunku. Jednym z takich miejsc jest Dom Kiwi w Otorohandze. Można zobaczyć tam samice i samca, a także dowiedzieć się szczegółów o tym zwierzęciu, takich jak fakt, że jajo tuż przed złożeniem zajmuje około 25% ciała samicy.
Zbliżając się do Wellington, skąd odpływa prom na południową wyspę, znajdujemy się coraz bliżej przesmyku, w którym można obserwować wieloryby, foki i delfiny. Jest to również najbardziej sejsmicznie aktywny obszar na wyspach. Skutki tej aktywności można zobaczyć w postaci pęknięć na okolicznych wzgórzach. W stolicy kraju znajdziemy również muzeum narodowe, w którym jest m.in. wystawa na ten temat, jak również wystawy dotyczące kultury maoryskiej czy też bitew stoczonych przez nowozelandzkich żołnierzy.
Południowa wyspa kojarzona jest głównie ze wspominanymi wcześniej lodowcami, które zajmują jej południowo-zachodni fragment, tak samo jak fiordy. Najbliżej nich można się znaleźć w pobliżu Milford Sound. Płynąc w rejs statkiem lub lecąc śmigłowcem, możemy tam zobaczyć niesamowite ukształtowanie terenu, gdzie ośnieżone szczyty wyrastają wprost z tafli wody, a po ich zboczach spływają liczne wodospady.
W pobliżu lodowców, bliżej środka wyspy, znajduje się Góra Cooka, czyli najwyższy szczyt Nowej Zelandii. Jadąc w jego kierunku, trzeba minąć jezioro Pukaki, w którego szmaragdowych wodach już z daleka odbija się ośnieżony szczyt. Na samą górę nie można wchodzić, ale w pobliżu znajdują się dwa szlaki, które umożliwiają oglądanie pobliskiej panoramy i góry z nieco wyższej perspektywy. Kolejną możliwością zbliżenia się do góry jest lot śmigłowcem z międzylądowaniem w pobliżu.
Antarktyda (prawie) tuż-tuż
Czymś, co na zawsze pozostanie w mojej pamięci z wizyty na tym końcu świata, będą zwierzęta, które tu widziałam. Najbardziej wysunięty na południe punkt Nowej Zelandii dzielą tylko 4 tysiące kilometrów od Antarktydy, co oznacza, że występują tu takie stworzenia jak pingwiny. Aby je obserwować, trzeba znaleźć się po zachodzie słońca na odpowiedniej plaży, gdzie ptaki mają na brzegu swoje „miasta”. W zupełnej ciemności wychodzą one z oceanu. Najpierw jeden, a potem całe gromady. Najczęstszym rodzajem występującym na wyspie są pingwiny żółto- i niebieskookie, czyli jedne z najmniejszych. Jednocześnie w wodach oceanu pływają gromady delfinów i wiele gatunków wielorybów, które można oglądać podczas rejsów statkiem. Na licznych plażach wylegują się foki i lwy morskie.
Mimo że Nowa Zelandia znajduje się na drugim końcu świata, ze względu na swoją historię nie jest aż tak odległa kulturowo od Europy. Ludzie są tu bardziej otwarci i chętnie słuchają o tym, co się dzieje w krajach, które dzielą granice z innym państwem. Są ciekawi życia w Europie, a większość z nich przynajmniej raz w życiu odwiedza Stary Kontynent. Jednocześnie Nowa Zelandia to zupełnie nowe doświadczenie, jeśli chodzi o faunę, florę i krajobraz. Wydaje się, jakby świat zatrzymał się tu w czasie w momencie, gdy po ziemi chodziły dinozaury – i taki już pozostał, może tylko z dodatkiem pastwisk z owcami.
Tekst pochodzi z kwartalnika nr 1/2026
/mdk