Walka rewolucyjna weszła kilkadziesiąt lat temu w nowa fazę. Nie chodzi już o obalanie tronów i ołtarzy, nie chodzi o ustanawianie dyktatury proletariatu. Teraz trud rewolucjonistów skupia się na demontażu instytucji życia społecznego, z rodziną na czele.
Fryderyk Engels w wydanej w roku 1884 pracy Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa dowodził, że rodzina, a w szczególności rodzina monogamiczna, jest instytucją ucisku społecznego. Powstała bowiem w procesie przemian społeczno-ekonomicznych z pierwotnej wspólnoty żyjącej w stanie promiskuityzmu. Umocnienie się rodziny towarzyszyło narodzinom państwa oraz innych form zniewolenia. Pomińmy to, że Engels, pisząc swoje rewelacje, nie miał absolutnie żadnych dowodów na potwierdzenie takiej właśnie genezy instytucji rodziny. Ważne jest co innego – w rewolucyjnej optyce rodzina znajdowała się od dawna i była obiektem intensywnej krytyki.
Jeśli spytamy biologów badających wielkie małpy człekokształtne o to, jak wygląda życie rodzinne naszych najbliższych zoologicznych krewniaków, to otrzymamy następujący obraz: silny samiec alfa tworzy wraz z kilkoma samicami i ich potomstwem coś na kształt rodziny poligamicznej. Na obrzeżach tej rodziny krążą młodsze samce w oczekiwaniu na to, aż stary przywódca opadnie z sił bądź umrze i wtedy któryś z pretendentów natychmiast zajmuje jego miejsce. Istnieje hierarchia, o której przypomina brutalna siła, będąca jednym z głównych sposobów komunikacji, zarówno między samcami, jak i między przywódcą a jego haremem. Nie posiadamy żadnych źródeł pisanych, które pozwoliłyby nam stwierdzić, jak wyglądały pierwotne relacje rodzinne u naszych paleolitycznych przodków, ale można przypuszczać, że były one bardziej zbliżone do stada goryli niż sielanki powszechnego promiskuityzmu, naszkicowanej w wizji Engelsa. Tak więc rodzina poligamiczna wydaje się czymś pierwotnym dla naszego gatunku. Z czasem dopiero, nie wszędzie zresztą, powstał model rodziny monogamicznej i to on zdominował naszą cywilizację, która osiągnęła ogromny sukces na skalę globalną.
Twórcza destrukcja (?)
Rewolucja jest z założenia działaniem dążącym do zakwestionowania istniejącego porządku i skupia się nawet bardziej na destrukcji niż na jakiejś propozycji pozytywnego programu. Brazylijski konserwatywny myśliciel Plinio Corrêa de Oliveira kreśli w swojej pracy Rewolucja i kontrrewolucja obraz świata zachodniego, niszczonego falami kolejnych rewolucji. Pierwszą fazą, zdaniem Oliveiry, było wystąpienie Lutra w XVI wieku i zakwestionowanie religii hierarchicznej; wiara stawała się sprawą wielce subiektywną. Drugi etap rewolucji to oświecenie i jego kulminacja – rewolucja francuska z zakwestionowaniem hierarchii społecznej, monarchii, przywilejów stanowych. Trzeci etap to rewolucja komunistyczna, która zakwestionowała własność prywatną i podważyła struktury rodzinne. Czwarty etap rewolucji trwa w zasadzie nadal, a jego istotą jest dalsze podważanie struktur rodziny oraz zakwestionowanie jakiejkolwiek ludzkiej tożsamości człowieka. Już nie tylko narodowej czy religijnej, ale nawet płciowej.
Przyjrzyjmy się zatem etapowi trzeciemu i czwartemu, w tym zaproponowanemu przez Oliveirę opisowi dziejów. Marksiści uważali rodzinę, zgodnie z tezami Engelsa, za wytwór stosunków społeczno-ekonomicznych, jeszcze jedno z narzędzi zniewolenia. Zanik własności prywatnej miał w naturalny sposób prowadzić do zaniku samej instytucji nuklearnej rodziny. Jak to jednak jest z rewolucjonistami, chcieli trochę ten zanik przyspieszyć. Zaraz po dojściu bolszewików do władzy, za Lenina jeszcze, wprowadzano w Rosji bardzo zaawansowane, progresywne – powiedzielibyśmy – eksperymenty, jeśli idzie o kwestie rodzinne i obyczajowe.
Już w 1918 roku wprowadzono bardzo liberalne prawo rozwodowe, dające możliwość brania jednostronnych rozwodów „na żądanie”. Rok 1920 to legalizacja aborcji i promowanie modelu swobody seksualnej jako wzorcowego dla nowego, sowieckiego człowieka. Tworząc nowy kodeks karny, bolszewicy nie wpisali do niego w 1922 roku homoseksualizmu, de facto legalizując tę preferencję, która w kodeksach karnych państw zachodnich była wtedy jeszcze traktowana jak przestępstwo. Lata dwudzieste w sowietach to czas wielkiej swobody seksualnej i demontażu instytucji rodziny. Efektem nie był jednak nowy, wspanialszy i szczęśliwszy człowiek sowiecki.
Przywódcy bolszewików zorientowali się po jakimś czasie, że taka polityka przynosi w efekcie mnóstwo samotnych matek, rozkład więzi społecznych, wzrost przestępczości i spadek wydajności pracy. Bolszewicy mogli wyhodować sobie społeczeństwo doskonałych cudzołożników, ale na pewno nie sumiennych pracowników i zdrowych żołnierzy, a tego przecież potrzebowali. Za Stalina nastąpił radykalny odwrót od leninowskich eksperymentów obyczajowych. Znów zaczęto kłaść nacisk na monogamiczną rodzinę i tak zwaną „moralność proletariacką”.
Rdzeń nauk szkoły frankfurckiej
Co ciekawe, w tym samym czasie w Niemczech działała szkoła frankfurcka. Lewicowi myśliciele, tacy jak Max Horkheimer, Theodor Adorno, czy Herbert Marcuse, zastanawiając się nad przyczynami niepowodzenia rewolucji proletariackiej w państwach Zachodu, kładli już podwaliny pod kolejny, czwarty etap rewolucji wedle modelu Oliveiry. Przedstawiciele szkoły z Frankfurtu, którzy przenieśli się następnie na amerykańskie uniwersytety, doszli do wniosku, że najważniejsza jest właśnie destrukcja tradycyjnych instytucji społecznych, z rodziną na czele. Jest to zadanie dla rewolucjonistów o wiele bardziej istotne niż jakaś tam rewolucja proletariacka. Wpływ frankfurtczyków na dzisiejszą kondycję cywilizacji zachodniej jest trudny do przecenienia.
Przyjrzyjmy się jednej kwestii, często poruszanej przez współczesnych spadkobierców Horkheimera i Marcusego – ich stosunkowi do rodziny. Od razu da się dostrzec zadziwiającą niekonsekwencję, która występuje czy to w publicystyce, czy w prowadzonych medialnie debatach. Rodzina tradycyjna, z mężczyzną i kobietą oraz urodzonymi z tego związku dziećmi, traktowana jest jednoznacznie negatywnie. To źródło ucisku, źródło powstawania osobowości autorytarnej, która z jednej strony podlega opresji rodziców, głównie ojca (przemoc patriarchatu), z drugiej jednak sama uczy się stosować opresję wobec innych. Ileż to razy można było przeczytać czy usłyszeć wypowiedzi utytułowanych naukowców głoszących, że rodzina jest źródłem większości, jeśli nie wszystkich, problemów społecznych, z jakimi się borykamy.
Jednocześnie ci sami ludzie, niemal na jednym wydechu, domagają się wprowadzenia do prawodawstwa możliwości zakładania rodziny przez pary jednopłciowe. Jak to zwykle w tego rodzaju operacjach szeroko zakrojonej inżynierii społecznej bywa, padają argumenty o „wspólnym opodatkowaniu”, „możliwości odwiedzania się w szpitalu”, „możliwości dziedziczenia w razie śmierci” i ultimo ratio – „umożliwienia potrzymania za rękę kochanej, umierającej osoby…”. Wiadomo, że argumenty ad misericordiam zawsze działają, ale nie o to chodzi, by ludzie tej samej płci mogli „potrzymać się za rękę”. Chodzi o mentalne i prawne obniżenie rangi małżeństwa. Małżeństwa, które przez całe tysiąclecia traktowane było jako związek kobiety i mężczyzny.
Z małżeństwem związane są konkretne kwestie prawne, wspólne opodatkowanie, dziedziczenie, dostęp do informacji i tak dalej. To są tak naprawdę przywileje, którymi wspólnota, jaką jest państwo, starała się od zawsze w jakiś sposób dowartościować legalny związek kobiety i mężczyzny. Dlaczego tak się stało, że obdarzono rodzinę pewnymi przywilejami, nietrudno stwierdzić. Rodzina jest zwyczajnie najlepszym środowiskiem, w którym rośnie i wychowuje się następne pokolenie. Progresywni przeciwnicy instytucji rodziny w takiej sytuacji podają najczęściej mnóstwo przykładów dysfunkcyjnych rodzin, rodzących wielkie problemy, tyle tylko, że są to przykłady anegdotyczne. Statystyka pozostaje nieubłagana. Więcej dzieci wychowujących się w niepełnych rodzinach to więcej problemów i kosztów społecznych. Instytucja rodziny, co do zasady, jest więc dla wspólnoty zwyczajnie korzystna. Wspólnota, czy to plemienna, czy później państwowa i narodowa, starała się obejmować przywilejami rodzinę, by zachęcać ludzi do wybierania takiego właśnie trybu życia.
Można zadać pytanie, jakie korzyści odnosi wspólnota z par jednopłciowych? Żadnych. Nie istnieją w związku z tym jakiekolwiek powody, dla których państwo miałoby obdarzać takie jednopłciowe związki przywilejami w równym stopniu, co rodziny składające się z mężczyzny i kobiety. Oczywiście powody, dla których tak mocno forsuje się zmiany w prawodawstwie, istnieją, tylko są inne niż deklarowane przez zwolenników wprowadzenia „związków partnerskich”. Zrównanie tego, co jest cywilizacyjnie korzystne, z tym, co żadnych korzyści nie wnosi, to jak zrównanie prawdy z fałszem. Rodzina monogamiczna, która była jednym z fundamentów sukcesu naszej cywilizacji, zostaje zrównana z czymś, co jest z punktu widzenia państwa całkowicie bezużyteczne.
Ostrzał trwa
Atak na rodzinę, osłabianie jej pozycji, przytaczanie patologicznych przykładów rodzin jako normy – to wszystko są działania prowadzone od lat. Toczą się na wielu płaszczyznach, z wykorzystaniem znacznych środków finansowych i środków masowego przekazu. Kapitał bowiem też odnosi korzyść z demontażu instytucji rodziny. Dość powiedzieć, że rodzina potrzebuje jednej lodówki, a dwoje singli – dwóch. Dodatkowo dla korporacji idealnymi pracownikami pozostają osoby niewchodzące w żadne relacje rodzinne, całe skupione na swojej karierze i generujące zyski dla pracodawcy. Jaki będzie tego finał, trudno powiedzieć, ale już dzisiaj widać jeden z mocnych skutków rozkładu instytucji rodziny na Zachodzie, a jest nim kolaps demograficzny. Dla porównania, można spojrzeć na państwo Izrael, które ma bardzo korzystną demografię, między innymi dlatego, że inwestuje niemało w podtrzymanie silnego statusu rodziny.
Tym, którzy zastanawiają się, co należy robić, by chronić instytucję rodziny, można wskazać dwa kierunki. Pierwszy, nazwałbym go państwowym, to kierunek wyznaczany właśnie przez Izrael. Państwo żywotnie zainteresowane jest dzietnością, wychowaniem zdrowych obywateli, a co za tym idzie – inwestowaniem w trwały układ rodzinny. Taki model jest tam lansowany przez instytucje kultury, środki przekazu, urzędy, o instytucjach religijnych nie wspominając. Drugim kierunkiem jest taki, który nazwałbym oddolnym. I jest on chyba bardziej adekwatny do naszych warunków, gdzie władza państwa, media i wielkie instytucje edukacyjne bardzo często znajdują się w rękach lewicy liberalnej. Nie ma na nie co liczyć, trzeba brać przykład z małych grup religijnych, takich jak amisze czy nawet Kościół katolicki działający w warunkach mniejszościowych. Mimo niesprzyjających okoliczności należy tworzyć własne instytucje, promować postawę prorodzinną, edukować w zakresie faktów, obnażać całą destrukcję stojącą za fasadą działań antyrodzinnych.
Historia uczy nas, że te narody, te plemiona, które nie stawiały na dzietność, po prostu upadły. Czasem gwałtownie przegrały w konfrontacji z silniejszymi, czasem uległy powolnej degradacji i „wymarły”. Kto zatem pozostanie na scenie dziejowej, a kto zaczadzony obłędnymi ideologiami wypadnie z gry – pokaże czas.
Tekst pochodzi z kwartalnika "Civitas Christiana" nr 2/2026
/ab