Home / Opinie | Felietony / Anna Sutowicz: Geniusz Benedykta?
st.jpeg

Anna Sutowicz: Geniusz Benedykta?

Kto nie wierzy, niech spróbuje poczytać „Regułę”, podstawiając pod pojęcie „klasztor” słowo „rodzina”, „dom” lub „ojczyzna”, a w opacie poszukać wzoru ojca albo matki. Zaraz się okaże, że piętnaście wieków temu ludzie byli tacy sami jak my.

Zawsze jest jakieś jutro

Kiedy zasiadam do napisania krótkiego eseju o świętym Benedykcie, mam wrażenie, że temat został już wielokrotnie wyczerpany. Nawet średniowieczni pisarze przez setki lat nie mieli śmiałości dodawać do jego życiorysu żadnych większych szczegółów beletrystycznych. A jednak dziś, już chyba nie na progu kryzysu europejskiego uniwersum, ale w samym jego centrum, warto znów spojrzeć na dzieło pierwszego opata Monte Cassino. Zapatrzeni w przyszłość może odnajdą smak przeszłości. Malkontenci zaś, bojący się nadchodzących zmian, może przestaną marudzić.

U zbiegu epok

Zafascynowany postacią św. Benedykta papież-mnich, Grzegorz Wielki, stworzył genialną biografię, łączącą wątki humorystyczne i dramatyczne z przekazem o odwadze i wytrwałości „męża Bożego”, któremu przyszło żyć w czasach, gdy Europa wynurzała się z chaosu wywołanego wielką wędrówką plemion jako zupełnie nowa jakość. Jeszcze nie wiadomo było, jaką. Pod koniec V wieku Italia wciąż była świadkiem wojen pomiędzy germańskimi wodzami, które nie przynosiły trwałych zmian rządów ani granic. Ówcześni kronikarze zapisujący dokonania swoich mocodawców wykazywali godną podziwu intuicję, która kazała im przedstawiać barbarzyńskich zdobywców Rzymu jako narzędzie nieuniknionego przewrotu dziejowego. Przyszły święty urodził się w Italii, którą rządził mający płytkie ambicje cesarskiego patrycjusza Odoaker. W ciągu swego życia Benedykt będzie obserwował, jak państwo to zmażą z map Ostrogoci – jeszcze przejęci kulturą starożytnego imperium, choć już niezdolni do jej wskrzeszenia. Ich ostatniemu królowi, Totili, przyszły święty przepowie koniec panowania. Zanim przyjdzie mu umrzeć, zdąży być świadkiem starcia germańskich wodzów z genialnym Belizariuszem, stojącym na czele wojsk cesarza Justyniana. Władcę będą wspierać Longobardowie, długo- brodzi wojownicy, którzy w ciągu kilku dekad rozpanoszą na półwyspie na dłużej.

Benedykt dorastał w atmosferze niepewności, i to nie tyle materialnej, co raczej duchowej, wywołanej zapaścią wartości, które sprawdzały się dotąd przez setki lat, choć ich korozję obserwowano już od bardzo dawna. Gdy przeznaczony do kariery urzędnika opuścił ojczystą Umbrię, by w Rzymie rozpocząć studia, znalazł się w centrum wielkiego świata, gdzie morderstwo na szczytach władzy i przekupstwo, stanowiły główną pożywkę postępującego rozkładu życia społecznego. Nic dziwnego, że młody adept sztuk wyzwolonych szybko zniechęcił się do otaczającego go splendoru i uciekł. Idąc wzorem wielu innych, rozczarowanych światem i poszukujących radykalnej odpowiedzi wobec Boga pustelników, osiadł w Subiaco, gdzie zapewne jego historia potoczyłaby się dość utartymi torami, gdyby nie zniechęcenie i konflikty z własnymi wielbicielami, z których zawsze tak łatwo uczynić wrogów, jeżeli tylko stanąć w poprzek ich zachcianek.

Monte Cassino

Nie ma chyba jednej odpowiedzi na pytanie, jak powstaje ludzki geniusz. Gdybyśmy odrzucili działanie łaski Bożej, musielibyśmy uwierzyć w zupełny przypadek, tytaniczną pracę lub przychylny zbieg okoliczności pozwalających na wydobycie naturalnego talentu. O świętym Benedykcie można z całą pewnością powiedzieć, że uczył się od swoich wrogów, był nieprzeciętnie wytrwały i na przekór otaczającemu go tchórzostwu i kunktatorstwu potrafił spoglądać prawdzie w oczy. Gdy w 529 r. na wzgórzu Monte Cassino zakładał klasztor św. Jana Chrzciciela, kierował się niezwykłym przeczuciem, że życie pustelnicze nie jest w świecie chaosu słusznym wyborem. Jego doświadczenie wskazywało jednocześnie błędy cenobitów szukających wspólnotowego poświęcenia się Bogu. Rozumiał psychologię człowieka, zanim w Europie powstały pierwsze katedry tego przedmiotu, którego metodologia skręciła w swoim czasie na manowce różnych odmian freudyzmu. Benedykt poznał mechanizm rozwoju ludzkiej osobowości, a jednocześnie dostrzegł wartość tego zjawiska dla dobra całej społeczności. Napisał dla chcących eksperymentować wraz z nim wspólnotowe życie mnichów „Regułę”. Choć dziś wiemy, że dzieło, które stało się fundamentem większości klasztorów aż do XII w., miało swoje mniej znane wzorce, w istocie Benedykt dał w nim genialne narzędzie porządkowania prawie wszystkich sfer ludzkiej aktywności. Można je zamknąć w prostej frazie „módl się i pracuj”, a unikniesz depresji. Ale poza tym, że każdy powinien odkryć tę zasadę na własną miarę, to jest ona tylko kluczem do drzwi, za którymi kryją się rozwiązania wszystkich chyba problemów indywidualnych i cywilizacyjnych wszech czasów. Kto nie wierzy, niech spróbuje poczytać „Regułę”, podstawiając pod pojęcie „klasztor” słowo „rodzina”, „dom” lub „ojczyzna”, a w opacie poszukać wzoru ojca albo matki. Zaraz się okaże, że piętnaście wieków temu ludzie byli tacy sami jak my, tak samo borykali się z egoizmem, wybujałym indywidualizmem, lenistwem, pychą i pokusą luksusu. Nadawanie tym problemom właściwego miejsca oznaczało pracę nie tyle nad porządkowaniem zastanej rzeczywistości, co budowanie zupełnie nowej. To przewartościowanie było jednocześnie próbą oddania ludziom ich świata, praktyczną wskazówką osiągnięcia ideału, który św. Augustyn nazwał w swoim czasie „civitas christiana” – społecznością kierującą się nie przemocą, spychaniem słabszych i brutalną walką o władzę, ale świadomą celu i uporządkowaną wspólnotą, silną dojrzałością każdego pojedynczego członka, zdolnego podporządkować swoje partykularne interesy przyjętym zasadom.

Uczniowie

Benedyktyni przechodzili i przechodzą swoje kryzysy. Gdy wraz z św. Augustynem z Canterbury wyruszali chrystianizować Anglo-Sasów, ze św. Bonifacym przemierzali niziny niemieckie, gdy towarzyszyli św. Angsarowi w misjach duńskich, sto lat później znaleźli się w otoczeniu św. Wojciecha, a w XVI wieku wylądowali w Nowym Świecie, to nieśli ze sobą myśl swego założyciela. Dopóki ktoś nie zmieni programów szkolnych, będziemy się uczyć o ich mrówczej pracy nad księgami, w kancelariach i szkołach przyklasztornych. Ich praca miała sens nie dlatego, że widzieli cel, ale dlatego, że znali jej źródło. Nie podpisywali się w kopiowanych manuskryptach, bo mieli poczucie przynależności do wielkiego łańcucha pokoleń. To oni, czasami nie rozumiejąc przepisywanych słów, ocalili antyczną wiedzę. To oni są twórcami muzyki, której harmonię przypisuje sobie dzisiaj pewna ekumeniczna wspólnota z Francji. To oni uczyli Zachód medytacji zakorzenionej w liturgii, kultywacji ziemi, leczenia chorych. Dzwony ich klasztorów odpędzały złe moce tam, gdzie niejeden pleban nie miał odwagi odprawić niedzielnej Mszy Św., nawet za cenę sutego beneficjum. Służyli władcom jako dyplomaci, kapelani i wychowawcy ich dzieci. Historia niejednego królestwa zaczyna się i kończy w kaplicy należącej do zakonu św. Benedykta.

Często gubiło ich przekonanie, że znają „Regułę” na pamięć. W średniowiecznych librariach przechowywali traktaty astronomiczne, tłumaczenia Ojców Kościoła i zwody prawa kanonicznego, a dzieło św. Benedykta czytano tylko tu i ówdzie. Choć mnisi starali się żyć „Regułą”, kolejne pokolenia traciły z oczu bezcenne wskazówki: posłuchaj młodszych, bądź gościnny, jedz we wspólnocie, odpuść słabszym, a nade wszystko: żyj z myślą o śmierci. Wtedy przychodziły reformy. Tak powstało wspaniałe Cluny ze swoimi kilkudziesięcioma kaplicami wokół prezbiterium, Citeaux pozbawione wszelkich ozdób poza krzyżem, a całkiem niedawno, bo ledwie ponad sto lat temu, pogrążone w ciszy La Trappe. Choć różni ich kolor habitu, dla wszystkich jest znakiem przymierza z Bogiem i człowiekiem. Wbrew czarnej legendzie stworzonej przez nieuczciwego Umberto Eco, wbrew światowemu chciejstwu. Dopóki gdzieś jeszcze odprawiają swoje nocne oficjum, jest dla nas nadzieja.

/mwż

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce

Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więce

#św. Benedykt, #św. benedykt z nursji