Trzy adresy Pana Boga

2014/2/3

O tym, jak rozdać wszystko, by zyskać więcej, jak radzić sobie z biurokracją i czy chrześcijanie mogą coś zrobić w świecie, z siostrą Małgorzatą Chmielewską rozmawia Karol Wyszyński

 

siostra MałgorzataJaki jest najpewniejszy sposób na zbawienie duszy?

Jezus Chrystus.

Powiedziała Siostra niedawno, że zadaniem chrześcijan na tym świecie jest tworzenie przestrzeni, w której najsłabsi będą mogli żyć godnie. Czy to nam zapewni miejsce w niebie?

Jeśli będzie to zgodne z wolą Bożą, to myślę, że tak. Podejrzewam nawet, że jest to jedyna droga.

Czyli ubogi jest drogą do Chrystusa?

Jezus Chrystus ma trzy adresy i trzeba Go tam szukać jednocześnie. Po pierwsze – w Eucharystii. Po drugie – w Kościele jako braterskiej wspólnocie, która przekazuje nam depozyt wiary przez nauczenie. I trzeci adres: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25, 40).

Jeśli zatem odnaleźliśmy dwa pierwsze adresy, to jak odnaleźć ten trzeci? Rozdać ubogim wszystko, co mamy?

Oczywiście, że tak. Tylko co to znaczy „rozdać wszystko”? Nie chodzi o to, by wyzbyć się majętności i zamieszkać pod mostem. Chodzi o podejście do naszej własności i środków, które zdobywamy naszą uczciwą pracą. Traktujmy je jako depozyt otrzymany w dzierżawę. Z niego musimy zadbać najpierw o najbliższych, co jest naszym obowiązkiem. Nie oznacza to jednak, że możemy po prostu zapomnieć o innych. Pamiętajmy, że nie tylko rzeczy są nam dane w depozyt, ale także nasze talenty, umiejętności, możliwości. Nie ma żadnej naszej zasługi w tym, że urodziliśmy się w rodzinach, które pozwoliły nam rozwinąć skrzydła, że mamy zdrowie i siły. To nie jest nasza zasługa, lecz zadanie. Uważam, że powinniśmy oddać wszystko, co mamy, na służbę Bogu i bliźniemu.

Czy istnieje jakaś granica, którą powinniśmy wyznaczyć, by rozdzielać nasze środki sprawiedliwe między potrzeby naszej rodziny a innych potrzebujących? Czy np. zbyt dużo inwestując w edukację, rozrywkę, możemy dopuścić się grzechu zaniedbania?

Nie jestem od tego, by wyznaczać takie granice. To jest kwestia naszego wyboru i tego, czy chcemy być rzeczywiście wierni nauce Chrystusa. Jeśli chcemy być wierni, to dostaniemy dużo więcej, jeśli zamiast na Hawaje pojedziemy na wczasy w Polsce i weźmiemy ze sobą trójkę dzieci ubogich sąsiadów. Nie ma tu jednej granicy, ale znam bardzo wiele rodzin, które zdecydowały się na oddawanie dziesięciny. Bez względu na wysokość swoich dochodów przekazują ubogim 10% swoich dochodów, bezpośrednio lub przez organizacje. Nie zdarzyło się jeszcze, by zbiedniały. Zaufajmy Panu Bogu, że nam nie zabraknie.

Siostra poszła maksymalnie w kierunku ubogich. Mieszka Siostra z bezdomnymi i chorymi pod jednym dachem. Czy trudno jest tworzyć wspólnotę z odrzuconymi, z najsłabszymi?

Tworzenie każdej wspólnoty, w tym rodziny, jest trudne. Jest to jednak jedyna droga, byśmy nauczyli się kochać i być kochani. Nie ma zbawienia poza wspólnotą. Czy życie w naszej wspólnocie jest trudne? Nie tak trudne, jak mogłoby się wydawać. Żyjemy z ludźmi cierpiącymi, po wielu różnych przejściach, ale wartościowymi i wspaniałymi. Oni często nas uczą, czym jest miłość, cierpliwość, poznawanie drugiego człowieka.

W trakcie konferencji TEDx Warsaw powiedziała Siostra: „doszliśmy do wniosku, że nie będziemy walczyć z systemem, zbudujemy własny. Zbudujemy republikę biedaków, w której będzie miejsce dla każdego. Budujemy ją do czasu, gdy ktoś nas pewnie wsadzi do kicia”. Czy w Polsce jest obecnie dobry klimat do pomagania potrzebującym? Państwo pomaga czy przeszkadza?

Nie chodzi tylko o państwo, ale generalnie o mentalność ludzi. Musimy sobie zdać sprawę, że nigdy nie ma pogody dla Ewangelii. Jeśli zaczyna być zbyt dobra pogoda dla Kościoła, to znaczy, że dzieje się coś niedobrego – albo Kościół zrezygnował ze swoich radykalnych działań na rzecz przemiany tego świata zgodnie z wolą Bożą, albo Kościół nie zauważa, że wplątuje się w wartości tego świata. Nie chodzi o to, byśmy żyli poza światem, tylko byśmy byli bardzo czujni w tym, co bierzemy z tego świata. Cały dowcip polega na tym, że gdy za komuny Kościół był prześladowany, sprawa była jasna.

A teraz?

W demokracji już nie wszystko jest jasne. Nie zawsze jesteśmy lubiani czy rozumiani, ale nie jesteśmy jako ludzie wierzący prześladowani. Z drugiej strony my też nie zawsze chcemy kochać i rozumieć innych. Bardzo niebezpieczne jest niefiltrowanie tego, co się wokół nas dzieje, przez światło Ewangelii. Jest bardzo dużo spraw i idei, które są niezgodne z wartościami ewangelicznymi, a na które się łapiemy. Jednym z przykładów jest wiele szkół katolickich – drogich, a zatem dostępnych tylko dla bogatych. Wiele prężnych duszpasterstw jest tylko dla elity, a prowincjonalne miasteczka i wsie są opuszczone przez Kościół. Katechizacja w szkołach nie zastąpi pracy z młodzieżą.

Do tego dochodzi europejska biurokracja, która co najwyżej przydziela zasiłki biedakom, by reszta społeczeństwa mogła w spokoju konsumować. Będzie niestety coraz gorzej i będziemy mieć wybór: albo wejść w ten system, by otrzymać grosze od państwa, albo nie będziemy mogli pójść na pewne ustępstwa. Np. w Warszawie pojawił się pomysł, by do schronisk dla bezdomnych przyjmować tylko ludzi ze skierowaniem z pomocy społecznej. A jak po północy straż miejska przywiezie nam do schroniska zawszonego, zziębniętego, półprzytomnego bezdomnego, to mam mu odpowiedzieć: „proszę poczekać na skierowanie”? Mam go wyrzucić? Dokąd? I trzeba będzie zatrudnić kolejnych ludzi, by się zajmowali papierami, a miasto zatrudni kolejnych urzędników do obsługi i kontroli tych papierów, wdroży i zapłaci za nowy system informatyczny do obsługi tego projektu.

Przecież o to właśnie chodzi, by ludzie, którym się dobrze powodzi, dostatnio żyli z biedaków. Takie pomysły nie mają służyć ludziom potrzebującym, tylko robieniu pieniędzy. Z biedaków można naprawdę dobrze wyżyć. Żerują na nich masy specjalistów i urzędników, którzy zajmują się biurokracją, a nie rzeczywistą pomocą. Pieniądze z Unii idą głównie na pseudoszkolenia i pseudodziałania. Korzystają z tego nie ci, którzy potrzebują pracy, lecz pośrednicy, a biedacy dalej nie mają pracy, nie mają gdzie mieszkać. Nie ma pieniędzy na rzeczywiste działania, ale system działa.

Niosąc pomoc potrzebującym, Siostra postarała się nie tylko o zapewnienie dachu nad głową i kromki chleba, ale o coś więcej. Basen, skatepark, wielofunkcyjne boisko, siłownia. Jeśli ktoś nie wie nic o Wspólnocie, może to uznać za ekstrawagancję.

Bardzo proszę, niech krytycy zabiorą swoim dzieciom: kino, basen, angielski, inne zajęcia dodatkowe, wycieczki, muzea, boiska. Potem niech sprawdzą, czy ich dzieci są szczęśliwe i czy potrafią się odnaleźć w tym szybko zmieniającym się świecie. My mówimy tutaj o sprawiedliwości społecznej, a ona nie polega na tym, by dać „każdemu po równo”, ale „każdemu szansę”. Ogromne rzesze dzieci ze wsi i małych miasteczek tych szans nie mają. Gorzej się urodzili. Zatem my po prostu chcemy dzieciom dać szansę.

Adhortacja Evangelii gaudium w znacznej części jest poświęcona ubogim. Czy papież Franciszek coś zmienił, czy w Kościele zawsze była świadomość tego problemu?

W Kościele zawsze zwracano uwagę, by drugiego człowieka traktować jak brata, ale nie było to powszechne. Przez wieki byli ludzie, wielu świętych, którzy w cierpiących widzieli braci i siostry, a za tym szły konkretne działania. Już apostołowie szczególną troską otaczali wdowy i sieroty. Przez wieki Kościół podejmował różne działania, otaczał opieką starych, chorych, cierpiących, a także zapewniał edukację. Kościół doskonale rozumiał, że edukacja pozwala człowiekowi na rozwój. Obecnie wyzwania są podobne, ale najważniejsze to zobaczyć w drugim brata, a nie natręta, który przeszkadza nam zjeść luksusowy obiad. Chciałabym, byśmy stworzyli im pewną przestrzeń wolności, w której będą mogli godnie żyć, wykazać się, tworzyć coś na miarę swoich możliwości, rozwijać się. Oczywiście najpierw zapewnijmy im posiłek, ale potem pozwólmy uczestniczyć w życiu społecznym.

Papieże odnosili się wielokrotnie do spraw społecznych. Np. Jan Paweł II napisał i mówił o tym wiele razy. My go kochamy, ale kompletnie nie czytamy i nie znamy jego nauki. Np. napisał o roli rodziny w pomaganiu ubogim. Nie chodzi tu o to, by bezdomnego, uzależnionego człowieka wpuszczać do domu, gdzie są małe dzieci itp. To byłaby głupota. Natomiast np. odwiedzanie staruszków w domach opieki społecznej, wspieranie biednych dzieci, dlaczego nie? Jednak z polskiego punktu widzenia pontyfikat Jana Pawła II był przesłonięty obaleniem komunizmu, dlatego nauka o ubogich właściwie do Polaków nie dotarła.

Papież Franciszek mówi dużo prościej. Niestety dla wielu chrześcijan nawet ta prostota jest przeszkodą. Znajdujemy mnóstwo wymówek, by pominąć jego naukę. Jest skandalem, że miliony ludzi umierają z głodu. Prosty przekaz, a my wolelibyśmy, by było bardziej  naukowo i teoretycznie, by można było przy kawie podyskutować, a tu trzeba zakasać rękawy i zrobić coś, by tych głodujących było mniej. Nie trzeba ich szukać w Afryce, mieszkam w Świętokrzyskiem i tu też są ludzie naprawdę biedni i głodni.

© Civitas Christiana 2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej