Inna Polska – perspektywa osobista

2026/03/5
AdobeStock 205753933
Fot. De Visu / Adobe Stock

Na początek sytuacja, która naprawdę wydarzyła się w ubiegłym roku. Będzie trochę osobiście, ale tylko przy okazji. Wraz z małżonką wchodzimy na oddział położniczy dużego wrocławskiego szpitala zobaczyć naszego nowo narodzonego wnuka i jego rodziców. Toczy się rozmowa o tym, że wszystko poszło dobrze, widzimy potomka, który na pierwszy rzut oka wygląda zdrowo. Przy okazji dzieci dzielą się informacją, że na tę chwilę nasz wnuk jest w szpitalu, że się tak wyrażę, jedynym noworodkiem będącym etnicznym Polakiem.

Pozostałe dzieci urodziły matki zza wschodniej granicy, generalnie z Ukrainy i jakiś ułamek z Białorusi. W tym samym szpitalu ponad 30 lat temu przyszedł na świat nasz najstarszy syn. Wtedy na porodówce było ciasno, o odwiedziny trudniej, choć muszę przyznać, że jako odwiedzający ojciec byłem przez personel traktowany życzliwie, co w tamtych czasach nie było takie oczywiste. A więc miejsce to samo, ale… wszystko poza tym inne.

Echa – dalej osobiste

Ta szpitalna sytuacja wywarła na mnie duże wrażenie. Co innego wiedzieć o czymś z lektury czy z mediów elektronicznych, a co innego zobaczyć na własne oczy i choćby na roboczo połączyć kropki. W moim mieście, czyli we Wrocławiu, żyje w tej chwili podobno 250 tys. ludzi przybyłych z Ukrainy. Oczywiście mogę napisać Ukraińców, ale nie jestem pewien, czy to takie oczywiste. Ponieważ stanowią oni około jednej trzeciej mieszkańców miasta, to nie sposób ich nie widzieć i nie wchodzić z nimi w relacje – a z nich wynika, że stanowią grupę mocno niejednorodną, o różnym stosunku do owej ukraińskości, ale to szczegół. Żeby się jednak nie ograniczyć do jednego dużego ośrodka, to taka historia: latem ubiegłego roku odwiedziłem miejscowość, w której ukończyłem podstawówkę. Wtedy szkoła wydawała mi się ogromna, a dziś – ot, tysiąclatka jakich wiele. Pamiętam, że w pewnym okresie mojej edukacji nieżyjący już dziś dyrektor tej placówki mówił moim rodzicom, że liczba uczniów zbliża się do dwustu i nie wie, co ma robić, że chyba będzie musiał uruchomić drugą zmianę, a to w warunkach wiejskiej szkoły będzie trudne i nie spotka się z życzliwością lokalnej społeczności. Nie pamiętam dwuzmianowości, więc sobie poradził i poupychał uczniów w liczniejszych klasach. Przy okazji wizyty rozmawiałem z siostrzenicą, która w tej samej szkole chodzi do klasy szóstej – uczniów jest w niej kilkoro, a są roczniki, w których klas po prostu nie utworzono. Z mojej strony padła uwaga, że trzeba będzie szkołę zamknąć, cóż zrobić. Szkoda, bo sporo w nią zainwestowano, ale nawet jeśli ktoś wpadłby na jakiś pomysł, to przecież dzieci obiektywnie nie przybędzie i problem można jedynie odsunąć, ale rozwiązać chyba nie.

Moje doświadczenie na tyle nie daje mi spokoju, że rozmawiam z różnymi znajomymi i utwierdzam się w przekonaniu, że Polska się zmienia, czy tego chcemy, czy nie. Mieszkańcy dużych miast widzą zmiany narodowościowe, a małych ośrodków – kanibalizację młodego pokolenia przez centralne ośrodki wojewódzkie, chociaż nie wszędzie. O ile Wrocław, przy braku własnego przyrostu naturalnego, absorbuje młode pokolenie z całego Dolnego Śląska i uchodźców z Ukrainy (nie tylko – wystarczy skorzystać z Ubera lub Pyszne.pl, by to zobaczyć), o tyle na Opolszczyźnie taki proces nie zachodzi. Tam miasto stołeczne rośnie, wchłaniając okoliczne wioski, co jest raczej kuriozalne niż racjonalne; osobiście jestem zaciekawiony tym, jakie rozmiary geograficzne osiągnie Opole np. za 10 lat, by zachować swoje 100 tys. mieszkańców. Tak czy inaczej, Polska pożera samą siebie.

Tu nie chodzi o marudzenie

Dawniej, tzn. kilka czy kilkanaście lat temu, dość powszechne były artykuły czy wypowiedzi publiczne, którym pozwolę sobie nadać wspólny tytuł: „Współczesne zagrożenia demograficzne”. Zbiór ten zawierał wiele najczęściej „słusznych tez” o filozoficznych podstawach antynatalistycznych postaw społecznych, o zwycięstwie permisywnego i egoistycznego stylu życia. Z drugiej strony obrona topniejącej dzietności bazowała na tezach o wysokich kosztach wychowania, braku mieszkań itp. Żeby nie było, jedni i drudzy mieli rację, tyle że częściowo. Nie będę wartościował procentowo, kto i ile wygłosił słusznych tez. Jedno jest pewne – nikt na poważnie nie brał pod uwagę argumentów ekonomistów, którzy mówili, że inwestycje w dzieci są opłacalne dla gospodarki jako takiej i nawet patrząc z pozycji pozaideowych, warto prowadzić politykę na rzecz popierania dzietności. Chętniej propagowano lewicowe, i tu muszę powiedzieć wprost, kłamliwe hasła o zagrożeniu przeludnieniem i o efekcie cieplarnianym, któremu winny jest człowiek. Dziś to czas przeszły i chyba wszyscy, przynajmniej na oko tak to wygląda, podobnie się martwią.

Być może najwyższy czas przestać labiedzić dla labiedzenia i pójść do przodu, by przynajmniej na poziomie analizy zastanowić się, jaka będzie Polska za kilkadziesiąt lat, bo to, że będzie inna, to pewnik. Na kształtowaniu jej własnym sumptem jako społeczeństwo straciliśmy już dawno, podobnie jak większość krajów Zachodu. Czy to wynik spisku, czy przypadku, to ciekawa historia, w której nie pozostaję bezstronnym, ale przestaje to mieć teraz znaczenie.

Pusta Polska

Za kilkadziesiąt lat będzie nas mniej niż 30 milionów. Tak stanowią prognozy liczone na wprost, to znaczy obejmujące narodziny i zgony wewnątrz społeczności i nieuwzględniające imigracji. Takiej rzeczywistości ma doczekać znaczna liczba dzisiejszych 40-latków. Do tego, zgodnie ze wskaźnikami, będzie to społeczeństwo ludzi starych, na których nie będzie miał kto pracować. A więc eutanazja? Czy może milcząca zgoda na dogorywanie w nędzy, w ośrodkach, które będą przypominały obozy koncentracyjne? Nie wiem, nie odpowiem, nikt z tych, którzy ten obraz rysują, nie podejmuje się odpowiedzi, publicyści jedynie zaznaczają, że emerytury będą bardzo niskie. Oczywiście, jeśli wgłębimy się w ten obraz przyszłości, to na logikę sytuacja za, dajmy na to, 80 lat powinna zacząć wracać do normalności, tzn. mała społeczność będzie się sama reprodukować. Czy aby na pewno? W powieści Janusza Zajdla Cylinder van Troffa jeden z modeli przyszłości zakłada eliminację ludzi po sześćdziesiątym roku życia, przy czym ów zabieg nazywa się emeryturą. Kto wie, co będzie w takiej nie-ludzkiej przyszłości. Pytanie o kształt demograficzny obejmuje również cały szereg innych kwestii – czy ludzie będą rozproszeni, czy raczej skumulowani w wielkich metropoliach? W Polsce byłoby ich pewnie od trzech do pięciu i tam żyłaby cała populacja. W końcu jest mało prawdopodobne, by znaczna część ludzi zgodziła się na życie z dala od infrastruktury, od której społeczeństwo jest uzależnione, a utrzymywanie jej na dużych, generalnie bezludnych obszarach byłoby zbyt kosztowne. A więc mielibyśmy powrót do średniowiecza: wielkie miasta powiązane ze sobą komunikacyjnie i „Dzikie Pola”. Żeby nie było, to nie jest kompletne sci-fi, tak zaczyna to wyglądać w zachodniej Europie: we Włoszech, Hiszpanii, Portugalii, południowej Francji i częściowo w Polsce. Można o tym poczytać, a jak ktoś chętny, to przekonać się na własne oczy.

Polska, ale inna

Obraz drugi. W krótkiej, dajmy na to 100-letniej perspektywie czasowej Polska będzie krajem zasiedlonym obcymi etnicznie, kulturowo i rasowo przybyszami. To dzieje się na naszych oczach. Czy owi przybysze zachowają wyższą niż my dynamikę demograficzną, jest inną sprawą. Na razie mamy do czynienia ze zjawiskiem ludzkiej rzeki wpływającej do Europy, która kiedyś się skończy, ale bilans na razie wychodzi na plus. Problem, że na takiej bazie można od biedy zbudować zakład produkcyjny, ale niewiele więcej. Społeczeństwo, nie mówiąc o narodzie, opiera się na pewnych pojęciach, choćby takich jak „dobro wspólne”, a w szerszym ujęciu – na kulturze, wartościach czy szacunku do historii. Czy to możliwe w takiej wieży Babel, jaką jest Europa i do której Polska szybko doszlusowuje? Niby tak, ale zakłada to politykę asymilacyjną na dużą skalę, opartą na atrakcyjności kulturowej i chyba także religijnej narodu chcącego absorbować rosnące mniejszości. Piszę o tym bardziej dla porządku, bo słabo wierzę w sukces takiego planu, skoro lewicowe elity nie chcą go konstruować. Zniszczenie cywilizacji i narodu jest im bliższe niż asymilacja beznarodowych rzesz do polskości.

W tej sytuacji wydaje mi się, że najbardziej prawdopodobnym obrazem Polski za lat 50 jest kraj pełen gett, słabo ze sobą zintegrowanych, ze starzejącą się społecznością tubylczą i z całym bagażem tego, co się z taką „gettoizacją” łączy, jednym słowem Dom pełen dynamitu, że pozwolę sobie użyć tytułu popularnego amerykańskiego filmu. Obym nie miał racji – nie chcę jej mieć, ale nikt nie kazał mi napisać artykułu optymistycznego. Tak jak i nikt mi, polskiemu narodowcowi, nie każe wierzyć, że mój naród jest nieśmiertelny. Bóg może go i powołał do istnienia, ale ludzie najwidoczniej postanowili go zamordować. No chyba że w ramach owych gett schronią się nieliczne młode, twórcze i niechcące dać się zabić wspólnoty Polaków, wtedy z kolei za jakieś 300 lat może być różnie.

 Tekst pochodzi z kwartalnika nr 1/2026

 

/mdk

CCH 4989 2 kwadrat

Piotr Sutowicz

Historyk, członek Rady Nadzorczej Katolickiego Stowarzyszenia "Civitas Christiana", dyrektor Instytutu Katolickiej Nauki Społecznej. 

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#demografia #przyszłość Polski #Ukraińcy w Polsce #starzenie społeczeństwa #depopulacja #imigracja
© Civitas Christiana 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej