Taka – czyli jaka? Odpowiedź na to pytanie była prosta w 1600 roku, gdy Jan Zamoyski zakładał słynną Akademię, mającą służyć całemu państwu. „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – te słowa znalazły się w akcie fundacyjnym uczelni. Zawarta w nich z jednej strony prosta, a z drugiej niezwykle głęboka zasada wydaje się pozostawać niezmiennie aktualna.
Finis Poloniae?
Wyobrażam sobie jedną sytuację, w której maksyma ta mogłaby się stać tylko historycznym frazesem. Tutaj znowu odpowiedź jest nieskomplikowana. Otóż zasadę tę można wyrzucić na śmietnik, gdy… nie będzie kogo chować. Gdy po prostu nie będzie już młodzieży. Taka opcja pewnie nie śniła się Zamoyskiemu cztery wieki temu. Nam, współczesnym Polakom, zaczyna się to śnić. Tyle że każdy jakkolwiek martwiący się o dobro ojczyzny powinien się zgodzić, że to tak naprawdę koszmar.
Do świadomości zbiorowej zaczyna chyba docierać, że sytuacja demograficzna, jeśli nic się nie zmieni, jest katastrofalna. Obecnie żyjący pewnie nie zobaczą tego na własne oczy, ale w dającej się przewidzieć przyszłości bardzo realna staje się możliwość, że nas, jako wspólnoty narodowej, nie będzie, że po prostu znikniemy.
Zależnie od interpretacji historyków i od tego, jak zdefiniujemy słowo „naród”, możemy różnie wyznaczyć moment, od którego istnieją Polacy. Przyjmijmy, że jest to nieco ponad 1000 lat. Sporo na ten temat można poczytać w naszym kwartalniku, w 1. numerze z 2025 roku. Co jednak, jeśli nasza nacja nie dotrwa do swoich 1200 urodzin? I to na własne życzenie? W swoich rozważaniach zupełnie pomijam tych, których może to cieszyć: jakichś lewaków, antynatalistów, ekooszołomów, źle rozumianych obywateli świata, sztabowców i geopolityków sąsiadujących z nami państw. Powtórzę: każdy, komu jakkolwiek bliska jest Polska, powinien bić na alarm. A nawet jeśli kogoś nie obchodzi interes wspólnoty, to powinien uwzględnić swój własny, jednostkowy. Bo brak kolejnych pokoleń to upadek gospodarki, drastyczne utrudnienia w dostępie do usług, załamanie się systemu emerytalnego etc. Wymieniać można długo. Chyba że kogoś „kręci” wizja, że opustoszałe polskie miasta porośnie mech i zasiedlą zwierzątka albo osiądą tu jakieś inne ludy, mniej lub bardziej europejskie. Nie chce mi się z nim polemizować, wolę skupić się na tym, co można zrobić, by ratować sytuację.
Nieprzypadkowo w tytule użyłem liczby pojedynczej i odniosłem się do jednej, konkretnej Rzeczypospolitej: Polski. Gdy stajemy w obliczu tak wielkiej groźby, mniej przejmuję się innymi krajami. Powiem kolokwialnie: żal by mi było, gdyby Francja za 200 lat stała się muzułmańska, ale tak naprawdę cóż mnie to obchodzi, jeśli za te same 200 lat pod naporem tego samego czy innego żywiołu ma zniknąć i Polska?
Inni mają gorzej… ale co z tego
Na razie – jeśli spojrzy się w perspektywie najbliższych lat i na to, jak wygląda np. kwestia bezpieczeństwa na jarmarkach bożonarodzeniowych – możemy się pocieszać, że są tacy, którzy mają gorszą sytuację. Tylko że jeśli nic nie zrobimy, to u nas zaraz będzie tak samo. W tle narracji o upadku Zachodu przewija się wątek, że Polska jest nadzieją Europy. Taki zresztą cel wyznaczał św. Jan Paweł II, gdy mówił o wejściu naszego kraju do Unii Europejskiej. Ja tego nie neguję, nawet miłe to jest, ale w tym wszystkim niezmienna dla mnie pozostaje zasada, że skoro jesteśmy Polakami, to w pierwszej kolejności mamy obowiązki polskie. Poza tym, jak mielibyśmy pomóc Europie, jeśli sami znikniemy z jej mapy? W obliczu tej katastrofy mało ważne, acz intelektualnie ciekawe wydaje się pytanie: co padnie pierwsze? Czy biologiczne zaniknięcie Polaków doprowadzi do kolapsu państwa, czy też państwo upadnie przy jeszcze względnie sporej, ale bardzo starej grupie ostatniego pokolenia Polaków?
Co po nas
Państwo jest wytworem narodu i narzędziem w jego ręku do budowania dobrobytu i ochrony swoich członków. Wiem, że w dzisiejszych zwariowanych czasach takie słowa dla niejednego uchodzą za radykalne czy faszystowskie, ale nikt mnie nie przekona, że jakiekolwiek państwo powinno stawiać interes obcych obywateli nad swoimi. Nie mówię o pogardzaniu innymi; nie neguję pomocy, gdy jest ona potrzebna. Stwierdzam tylko, że zupełnie naturalne jest to, że Polska ma służyć przede wszystkim Polakom, Niemcy – Niemcom, Francja – Francuzom itp. Kiedyś we wnioskach z pewnej debaty usłyszałem, że nie jest ważne, czy Europejczyków jakimś sposobem zacznie przybywać, czy znikną zupełnie. Argument był taki, że pustka nie potrwa długo. Jakieś ludy przybędą i zamieszkają tutaj. Zarówno na poziomie kontynentu, jak i szczególnie na poziomie naszego państwa, nie zgadzam się z takim podejściem – w tym sensie, że po prostu nie chcę, żeby tak się stało.
Zresztą nie jest ważne, czy ja tego chcę, czy nie. Ważne, że jeśli za 200 lat Polacy mają zniknąć, to wtórne jest, czy wielka wędrówka plemion dotrze do nas z zachodu, wschodu, południa czy północy. Kluczowe jest natomiast, że jeśli polska kultura, historia, sposób myślenia będą tym przybyszom zupełnie obce, to niestety – choćby nawet zachowali nazwę kraju – to nie będzie już Polska. To nie jest kwestia rasizmu, uprzedzeń, szowinizmu, ale proste stwierdzenie faktu: aby istniała Polska, muszą istnieć Polacy. Dość przytoczyć pierwsze słowa hymnu: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”.
Różne państwa wymyślały i wymyślają sposoby, aby odwrócić nieubłagane trendy demograficzne. Stworzono szereg wewnętrznych rozwiązań, np. zasiłków, ulg, systemów opieki nad dziećmi. Te sposoby należy badać pod kątem skuteczności i wprowadzać u nas, implementując je do naszych realiów. Albo wymyślać i realizować swoje pomysły. W ramach dygresji dodam tylko, że o ile nie bałbym się kopiowania elementów różnych polityk, w tym np. demograficznej, z innych państw, o tyle w kontekście całości ustroju nie oglądałbym się na innych. W tym zakresie mamy przebogatą historię i śmiało możemy czerpać z dorobku Polski Piastów, I czy II Rzeczypospolitej. Pewne jest, że dynamiczny zwrot w stronę prorodzinnego państwa to fundament, którego nie można pominąć.
Może historia pomoże?
Równocześnie, jeśli nie wydarzy się jakiś cud demograficzny, to trzeba się zastanawiać, jak wyzyskać okoliczności zewnętrzne. W ramach prorodzinnego państwa potrzebna jest kultura promująca posiadanie i wychowywanie dzieci, choćby na poziomie kultury masowej, takiej jak seriale telewizyjne. Jeśli jednak mówimy w tym miejscu o kwestiach zewnętrznych, to trzeba też skupić się na budowaniu polskiej marki. Aby zrozumieć, co w tym konkretnym przypadku mam na myśli, może łatwiej będzie posiłkować się przykładami z naszej historii. Otóż chciałbym, byśmy w swej wyobraźni uchwycili, co takiego było w nas, że niemieckojęzyczne miasto Gdańsk nie chciało otworzyć bram, gdy podczas zaborów Prusacy zajmowali Pomorze. Co takiego było w nas, że za Polskę walczył generał Dąbrowski, który po polsku znał ledwie kilka słów? (I jeszcze znalazł się w naszym hymnie.) Cóż wreszcie było w nas takiego, że admirał Unrug 1 września 1939 r. zapomniał języka niemieckiego? Przykłady takie można długo mnożyć.
Na tę reinterpretację polskiej kultury i jej atrakcyjności trzeba nałożyć drugi zewnętrzny trend, który ewidentnie przybiera na sile. Chodzi mi mianowicie o coraz większą liczbę mieszkańców zachodniej Europy decydujących się na zamieszkanie nad Wisłą. W krążących w sieci licznych wywiadach mówią oni wprost, że tutaj czują się bezpiecznie. Tak samo, jak w ich ojczyznach czuło się jeszcze niedawno pokolenie ich rodziców. Może to jest jakiś sposób (zapewne nie jedyny) na przełamanie impasu demograficznego? Mądra, strukturalna polityka imigracyjna, budowana ponad podziałami partyjnymi.
W tej chwili takiej polityki ewidentnie nie mamy. Płyniemy jak Zachód wartkim, acz destrukcyjnym strumieniem zapraszania wszystkich. A później będziemy się martwić. Jest to droga donikąd i mamy tego naoczne przykłady. Może – tak jak pisałem wcześniej – trzeba przestać oglądać się na nietrafione, zachodnie ścieżki „rozwoju”? Może potrzebny nam jakiś nowy Commonwealth, jakaś „Pierwsza Rzeczpospolita 2.0” – budowana na wnioskach wyciągniętych z historii i z uwzględnieniem współczesnych uwarunkowań? Jedno jest pewne: trzeba coś zrobić. Bo jak nic się nie zmieni, to na tym kawałku świata, który zajmujemy, nie będzie Polski, nie będzie Rzeczypospolitej. Będą Dzikie Pola.
Tekst pochodzi z kwartalnika nr 1/2026
/mdk