Home / Wywiady / Bitwa o wielką stawkę
26-2.jpg

Bitwa o wielką stawkę

Z prof. Andrzejem Nowakiem o jego właśnie wydanej książce ,,Klęska Imperium zła. Rok 1920’’ (wyd. Biały Kruk), rozmawia Mateusz Zbróg.

Pierwsze pytanie dotyczy aspektu militarnego. W pewnym momencie pisze Pan, że nie było akceptacji polskiego społeczeństwa dla dalszych działań wojennych. Natomiast dziś natrafiamy na głosy, że trzeba było „dokończyć sprawę” i pokonać bolszewików. Ale czy to w ogóle możliwe, czy też jest to myślenie życzeniowe?

Jedno jest pewne: rzeczywiście nie było przyzwolenia społecznego na dalsze działania. Wszystkie partie obecne wtedy w Sejmie, wybrane w demokratycznych wyborach w styczniu 1919 roku, jednoznacznie opowiadały się za zakończeniem wojny. Walka trwała już 6 lat, licząc od wybuchu I wojny światowej. W sensie zniszczeń materialnych polskie ziemie ucierpiały bardziej niż podczas II wojny. Piłsudski początkowo myślał, że warto próbować, ale i on zmienił zdanie i już na początku 1921 roku mówił, że próba dalszej akcji ofensywnej zimą nie mogła przynieść zmiany zasadniczego rezultatu wojny. Nierealne okazały się nadzieje na znalezienie partnerów gotowych walczyć o własną niepodległość, w szczególności na Ukrainie. Polska nie była w stanie własnymi siłami dźwigać ciężaru wojny jeszcze przez zimę 1920/1921 roku i to na dodatek wbrew mocarstwom zachodnim, które nie chciały poprzeć żadnej akcji ofensywnej na wschodzie. A przecież w Wojsku Polskim było milion żołnierzy, zaś w Armii Czerwonej 5 milionów.

Chciałbym zapytać właśnie o postawę mocarstw zachodnich. O ile po II wojnie światowej jasno można powiedzieć, że nas zdradzili, tak w przypadku I wojny jest pole do dyskusji. Co okazało się decydujące? Czy myśmy ich postawili przed faktem dokonanym, wywalczyliśmy niepodległość i oni musieli nas wesprzeć? Czy też znajdziemy tam przykłady godnych postaw w polityce międzynarodowej? Z jednej strony mamy przecież działania dyplomacji brytyjskiej, która stawiała na swój interes, a z drugiej np. 13. punkt orędzia prezydenta USA Wilsona, gdzie jasno było określone, iż oczekuje się, że w wolnym świecie zaistnieje również wolna Polska.

Nie ma, wbrew pozorom, sprzeczności między 13. punktem prezydenta Wilsona a postawą polityków brytyjskich. Gdy przeczytamy go dokładnie, to widzimy że mowa jest tam o odbudowaniu państwa polskiego na terytoriach zamieszkiwanych przez bezdyskusyjną polską większość etniczną i z dostępem do morza. Duża część późniejszych ziem wschodnich II RP składała się z obszarów etnicznie mieszanych. Podobnie pogranicze zachodnie z Niemcami. Brytyjska polityka zagraniczna wychodziła z założenia, że trzeba tak skonstruować ład pokojowy po I wojnie światowej, żeby pogodziły się w nim najsilniejsze kraje. To sprawiało, że zarówno Wielka Brytania, jak i USA jak najbardziej były za utworzeniem Polski. Tyle tylko, że tak małej, że de facto niezdolnej do życia. Składać miała się z terenu tzw. Królestwa Polskiego i Galicji Zachodniej, czyli ok. 150 tys. km2. O Śląsku dla Polski nie należało nawet wspominać, ale przecież Wielkopolska też była kwestią sporną z Niemcami. Z kolei w optyce brytyjskiej Rosji należy oddać ziemie aż po Bug. Łącznie ze Lwowem, który wprawdzie nigdy rosyjski nie był, ale był jednym z celów wojennych Rosji, wszak sojusznika mocarstw zachodnich. Malutka, kadłubowa Polska – za tym opowiadały się mocarstwa anglosaskie.

Natomiast Francja zajmowała inne stanowisko i pewną pomoc wyświadczyła, trzeba o tym z wdzięcznością wspomnieć. Choćby o tych kilkuset oficerach francuskich, którzy zostali skierowani na front polski. Francuzi patrzyli na nas inaczej, bo gdy zabrakło białej Rosji, traktowali nas jako ,,un allié de remplacement’’, czyli ,,sojusznika zastępczego’’. Potrzebowali nas do szachowania Niemców i utrzymania porządku w Europie. I choć nie bardzo wierzyli w siłę Polski, to wspierali nas w tych trudnych momentach na tyle, na ile mogli.

W książce pojawia się wiele niepublikowanych zdjęć. W samym opisie czytamy, że dokonał Pan kwerendy archiwów rosyjskich, brytyjskich i amerykańskich. Rosyjskie są szczególnie intrygujące, gdyż pojawia się przy nich adnotacja, że kwerenda wykonana została, gdy jeszcze można było do nich zaglądać. Co nowego udało się odnaleźć w trakcie tych poszukiwań?

Najkorzystniejszy czas do pracy w archiwach rosyjskich to były lata dziewięćdziesiąte. Miałem wtedy okazję poznać zbiory zarówno archiwów wojskowych, jak i partyjnych. Dostępna więc była dokumentacja Frontu Zachodniego i Południowo-Zachodniego, idących na Warszawę i na Lwów, jak też korespondencja polityczna, tzn. wewnątrz biura politycznego Komitetu Centralnego Rosyjskiej Komunistycznej Partii Bolszewickiej, a więc między Leninem, Stalinem, Trockim i Kamieniewem. Właśnie w archiwum partyjnym natrafiłem na wiele ciekawych materiałów, rzucających światło na cele polityczne kierownictwa bolszewickiego.

Jeżeli ktoś dzisiaj mówi, że to jest mit, że bitwa odegrała jakąś istotną rolę; że może to Polsce pomogło, ale poza tym wielkiego znaczenia nie miała, to wystarczy poczytać korespondencję z końca lipca 1920 roku między Leninem siedzącym w Moskwie, kierującym całością strategii sowieckiej, a Stalinem, członkiem politbiura, który kierował politycznie natarciem na Lwów. Lenin stawia zadanie: po zdobyciu Lwowa idziecie na południe, zajmujecie Pragę, Wiedeń, Budapeszt, likwidujecie Rumunię i idziecie do Rzymu. Stalin odpowiada: tak jest, nie ma żadnego problemu. Za chwilę zdobędziemy Lwów. Zachód jest zdezorganizowany, słaby po wojnie, zdobędziemy całe południe Europy. Front Zachodni tymczasem napiera na Warszawę. Lenin pisze do Tuchaczewskiego: ,,Z politycznego punktu widzenia jest arcyważne dobić Polskę jak najszybciej’’. Używa takiego określenia. Dlaczego? Bo trzeba dojść do Berlina. To pokazuje, jaka była stawka tej walki. Chodziło co najmniej o całą Europę Środkową.

A jakie były reakcje polskiego społeczeństwa na tak wielką groźbę? Niepodległość dopiero się klarowała. Polska ledwie pojawiła się na mapach i zaraz miała być ponownie zmazana. Chyba możemy powiedzieć, że mimo to Polacy stanęli na wysokości zadania. Nastąpiła mobilizacja społeczna, solidarność całego narodu, a także wielki modlitewny szturm do Nieba. Na nas dziś także spadło zagrożenie, związane z pandemią. Jak byśmy porównali reakcje społeczeństwa wówczas i obecnie?

Rzeczywiście warto zastanawiać się nad tym, jak dzisiejsza kondycja narodu polskiego wypada w porównaniu z tamtym wyzwaniem sprzed 100 lat. A więc po pierwsze możemy stwierdzić, że punkt wyjścia wtedy wydawał się dużo trudniejszy, bo przecież Polska powstawała po 123 latach zaborów. W dodatku olbrzymia większość ludności pochodziła z warstwy chłopskiej. Jeszcze dwa – trzy pokolenia wcześniej byli to chłopi pańszczyźniani o niewyrobionej świadomości narodowej i patriotycznej, za to identyfikujący się jako wyzyskiwani przez właścicieli ziemskich.

Do tak rozumianej świadomości chłopskiej nawiązywali bolszewicy w swej propagandzie.

Bolszewicy bardzo liczyli na to, że uda im się wezwać chłopów do zemsty klasowej, do mordowania polskich panów. Z takim wezwaniem Armia Czerwona wkraczała na ziemie polskie. To, co się udało w dużym stopniu wobec chłopów ukraińskich i rosyjskich, w Polsce się nie sprawdziło. Zadecydowała ogromna praca wychowawcza, jaką wykonali polscy księża, polscy inteligenci zarówno z formacji narodowo-demokratycznej, z formacji ludowej, jak i z formacji socjalistyczno-niepodległościowej. W przypadku ostatnim bardzo ważna była praca wykonana wśród robotników. Sprawiła, że polski chłop i robotnik w 1920 roku w ogromnej większości wykazał świadomość, że domem nie jest klasa społeczna. Ich domem jest Polska i gotowi byli o niego walczyć. To zdecydowało o zwycięstwie. Dezerterów była znikoma mniejszość.

Zdecydowało także przywiązanie do żywej tradycji chrześcijańskiej – to, o czym Pan wspomniał w pytaniu, mówiąc o szturmie do Nieba. To przekonanie, że stawką jest nie tylko Polska, ale także możliwość wyznawania Chrystusa. Że przecież idzie siła, która niszczy otwarcie religię, zwłaszcza religię chrześcijańską. To przekonanie było jasne i ono wspomagało determinację walki o to, żeby obronić nie tylko ojczyznę, ale i wiarę.

A co możemy powiedzieć o postawie elit politycznych? Czy ówczesna współpraca nie powinna być wskazówką na dzisiejsze czasy?

Myślę, że dzisiaj przede wszystkim duża część elit odeszła od przeświadczenia, że polskość jest wartością. I to jest olbrzymia różnica. Bo kiedyś, czy ktoś był z elity PPS-owskiej, czy PSL-owskiej, czy narodowodemokratycznej, wiadomo było, że Polska jest dla niego czymś ważnym. Na różne sposoby rozumianym, ale czymś, czego trzeba bronić, co trzeba wspierać, budować, poświęcać się. Dzisiaj dla dużej części tzw. elit opiniotwórczych Polska jest „obciachem”. Celowo używam tego wulgarnego słowa, bo tak właśnie jest ono formułowane. Polska jest pewnego rodzaju garbem, który należy jakoś odpiłować od siebie, żeby nareszcie poczuć się wolnym. Tego rodzaju złudzenie fałszywej wolności jest silnie akcentowane przez najpotężniejsze media w Polsce. Często zresztą mające niepolskich właścicieli, realizujących świadomie tę politykę lekceważenia polskiej tradycji, pogardy wobec polskości. A więc tu widzę jedną bardzo dużą różnicę.

Drugą różnicą jest akcentowanie, że rdzeniem, podstawą tej rzekomej nienormalności jest przywiązanie do katolicyzmu. A więc jeżeli się ją oderwie od chrześcijaństwa, to może jakoś ta Polska przejdzie do nowoczesnego świata, znajdzie się po „właściwej” stronie. Tak długo jak polskość i chrześcijaństwo są połączone razem, tak długo jest to nieznośny ciężar, którego należy się wstydzić i należy otwarcie go zwalczać. Tego rodzaju połączenie sprawia, że rozmaitego rodzaju naciski na Polskę, wpływy układów lobbystycznych, które otwarcie atakują polski interes (np. gospodarczy), są traktowane jako zasadniczo dobre. Bo osłabiają Polskę, która jest traktowana jako zło, jako obciążenie. Jako przeszkoda na drodze do wolności. Otóż tego rodzaju sytuacja jest dokładnym odwróceniem postawy olbrzymiej większości elit roku 1920. Myślę, że ci, którzy reprezentują koncepcję odrzucenia polskości, powinni sobie powiesić portrety Lenina, Dzierżyńskiego, Trockiego. To są ich właściwi patroni, skoro nie chcą mieć w swoim sercu Adama Mickiewicza i nic na jego temat nie chcą wiedzieć. Skoro w Józefie Piłsudskim widzą tylko krwawego, faszystowskiego tyrana. Skoro dla nich Roman Dmowski jest wyłącznie opętanym nienawiścią antysemitą. Jeżeli do tego redukują Polskę a katolicyzm kojarzy im się tylko i wyłącznie z zacofaniem i zabobonem, to myślę, że tak właśnie patrzyli na Polskę i na polskość ci, którzy szli ze Wschodu w 1920 roku i zostali odparci przez Polaków tamtego czasu.

Prof. Andrzej Nowak – historyk, profesor nauk humanistycznych, sowietolog, publicysta, nauczyciel akademicki. Członek PAN oraz Kolegium IPN. Kawaler Orderu Orła Białego, laureat 64. Nagrody Katolickiego Stowarzyszenia im. Włodzimierza Pietrzaka przyznanej w 2011 roku. Autor wielu książek, m.in. ,,Dzieje Polski’’, artykułów i recenzji naukowych.

/mwż

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce

Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więce

#bitwa warszawska, #Klęska Imperium zła. Rok 1920, #prof. Andrzej Nowak, #slider