Patriotyzm ma we krwi

2013/1/17

Ma sto lat. Ks. Wacław Karłowicz jest najstarszym księdzem w Polsce i ostatnim żyjącym kapelanem Powstania Warszawskiego.

Wysoki, szczupły, uśmiechnięty. Rezydent w parafii na warszawskim Gocławiu, gdzie zbudował kościół. Ciągle ma zdziwione spojrzenie dziecka, wytartą sutannę. Co robi? – Panu Bogu służę. Od tego nie ma emerytury.

Dla tego stuletniego kapłana powołanie zawsze było czymś oczywistym. Często powtarza, że jest „skazany na kapłaństwo”. Bowiem już jako kilkuletnie dziecko siadał w ławce pod amboną i wpatrywał się w księdza. Po powrocie do domu, zaszywał się w którymś z pokoi i bawił się w odprawianie „mszy świętej”. Kiedy miał siedem, może osiem lat, zbudował w stodole swój pierwszy ołtarz z krucyfiksem, i obrazem Matki Bożej. Tam już „odprawiał msze” tak samo długie, jak w kościele. W Wacławie Karłowiczu równolegle wzrastało powołanie do służby Kościołowi i Ojczyźnie. Śledząc jego wspominania, którymi chętnie się dzielił z dziennikarzami, można wysnuć wnioski, że patriotyzm i kapłaństwo, ma niejako we krwi. Ród Karłowiczów zawsze angażował się w działalność w organizacjach narodowych. Jego przodkowie brali udział w powstaniu kościuszkowskim. A pradziad ks. Karłowicza otrzymał order Virtuti Militari z rąk samego Kościuszki.

Krzyż Zasługi dla skromnego prefekta

Od początku II wojny światowej należał do AK, gdzie posługiwał się pseudonimem „Andrzej Bobola”. Wyznaje, że ten święty był mu zawsze bardzo bliski. Wpadła mu kiedyś w ręce książka o św. Boboli i postanowił, że właśnie on zostanie patronem, do którego będzie kierował swe prośby o wstawiennictwo. – Podczas wojny wybrałem więc taki pseudonim i dobrze na tym wyszedłem – uważa ks. Karłowicz.

Wybuch wojny zastał go, prefektem z siedmioletnim kapłańskim stażem w Rawie Mazowieckiej. Już w grudniu 1939 r. założył AK w powiecie rawskim. Wkrótce został przeniesiony do Warszawy. Tu jeszcze bardziej zaangażował się w działalność konspiracyjną. Jego zadaniem było przyjmowanie łączników przyjeżdżających od Rządu Londyńskiego. Był dla nich punktem oparcia.


Prezydent Lech Kaczyński udekorował ks. Karłowicza Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski

Mieszkał na Starym Mieście za katedrą św. Jana. Na parterze mieściła się kancelaria, a jego pokój był na piętrze. Gdy ktoś przychodził do Andrzeja Boboli, Niemcy myśleli, że łącznicy są jedynie interesantami załatwiającym jakieś sprawy w kancelarii parafialnej.

Pewnego dnia spotkała go miła niespodzianka. Łączniczka przyniosła mu srebrny Krzyż Zasługi z Mieczami za pracę cywilną na rzecz podziemia. – Wspaniała nagroda dla niepokaźnego, byle jakiego prefekta – mówi ks. prałat w wywiadzie dla KAI.

Godzina „W”

Pierwszy sierpnia 1944 roku zastał ks. Karłowicza przy katedrze polowej na Długiej. – mieliśmy właśnie zebranie, dyskutowaliśmy. Ja byłem przeciwny wybuchowi Powstania. Z czym mieliśmy iść walczyć? Z pistolecikami na czołgi i samoloty? Uważałem, że otwarta walka miałaby sens, gdyby Sowieci przeszli Wisłę i byli zajęci walką z Niemcami, np. na Placu Zamkowym. Wtedy można sobie zrobić powstanie. Ale żeby samodzielnie wygnać Niemców z Warszawy, to było niemożliwe. Tak rozumowałem i wielu się z tym zgadzało – wspomina szacowny kapłan.

W jego pamięci zachował się bardzo tragiczny obraz Powstania. – To była rzeź. Bomby i pociski niszczyły całe kamienice – opowiada. Niemcy strzelali najcięższymi pociskami, które powstańcy nazwali „krowami”: cztery razy od rana do południa i cztery po południu.

Ks. Karłowicz był jednym z organizatorów szpitala przy kościele na Długiej. Przy kościele św. Ducha dostał mały pokoik.

Wówczas na Msze św. przychodzili zarówno powstańcy jak i cywile. Byli też ranni ze szpitala, nieraz bez rąk, bez nóg. – Robiliśmy wraz z innymi księżmi wszystko to, co do kapłana należy: komunia, spowiedź, namaszczenie. Asystowałem też przy operacjach, bo brakowało pielęgniarek – mówi ks. Karłowicz.

Kapelani w tym czasie unikali ślubów, bo nie było dostępu do dokumentów, które są wymagane w prawie kanonicznym. Jednak zdarzały się: jedni decydowali się ze względu na miłość i chcieli zginąć razem. Inni już wcześniej planowali ślub i przeszkodził im wybuch Powstania. – Rodziły się też dzieci, i poza moimi zajęciami kapelańskimi musiałem nieraz pomagać przy porodzie. Pierwszy raz nie był najprzyjemniejszy, ale kiedy zobaczyłem dziecko, ach, jaka to była radość – wspomina kapelan. – Od razu je ochrzciłem – dodaje. Jednak niestety najwięcej było pogrzebów. Bywało, że ks. Karłowicz chował aż 40 osób dziennie.

Uratował krzyż z katedry

7 sierpnia wyniósł krucyfiks z płonącej katedry św. Jana. To dzięki niemu wisi on teraz, jak przed wiekami, w kaplicy Baryczków. Uratował go razem z zakrystianami i schował w kaplicy kościoła św. Jacka, gdzie siostry szarytki prowadziły niewielki szpital. Położyli krzyż i przykryli Pana Jezusa prześcieradłem. Po kilku dniach ks. prałat Henryk Cybulski po ciemku spowiadał w tym miejscu ciężko rannych, leżących na posadzce. – Doszedł w ciemności do jednego i mówi: „Wyspowiadaj się”. Nic. Więc znów mówi: „No, wyspowiadaj się, jestem księdzem”. Nic. Dotyka go – zimny. Odkrywa prześcieradło, a tu Pan Jezus! – opowiada ks. Karłowicz.

Legenda powstańcza mówi, że kapelana Andrzeja Boboli kule się nie imały. Nawet wśród powstańców szybko rozpowszechniła się opinia, że skoro ks. „Andrzej” przyszedł, to nic złego nam się nie stanie.

Ks. Karłowicz wielokrotnie wspomina niebezpieczne sytuacje. Kiedyś, gdy wychodził z domu przy Kanonii, został zaatakowany przez „snajpera”. Choć strzelał do niego wielokrotnie z kilkumetrowej zaledwie odległości, wciąż chybiał. W końcu się zezłościł i zdecydował się rzucić ręczny granat. Ale też spudłował, gdyż trafił w filar na klatce schodowej. – Chyba byłem pod szczególną opieką Pana Jezusa i Matki Boskiej, że całą wojnę przeżyłem bez szwanku – wyznaje ksiądz prałat.

W „niby” wolności

Po wojnie ksiądz Karłowicz szybko musiał opuścić stolicę, gdyż „Andrzej Bobola” był już poszukiwany przez Służbę Bezpieczeństwa. – Komuniści szukali �Andrzeja Boboli”. Nie byli pewni, czy Karłowicz to ten sam ksiądz, co �Bobola”. Wypytywali ludzi, chodzili w sąsiedztwie, ale nikt mnie nie wydał – wspomina powstańczy kapelan.

Do Warszawy wrócił jednak dopiero po pięciu latach od zakończenia wojny. Osiadł na gocławskiej parafii św. Wacława i wkrótce wystąpił o zezwolenie na budowę kościoła. Komuniści uzależnili jednak wydanie zezwolenia od przystąpienia księdza Karłowicza do ruchu „księży patriotów”. Odmówił. Wielokrotnie wzywano go na przesłuchania, próbowano zmusić do podjęcia współpracy z SB. Bez skutku. Wreszcie zamiast wymarzonego, dużego kościoła kapłan postawił barak, który przez blisko pół wieku służył wiernym za świątynię.

W latach 70-tych znowu zajął się działalnością konspiracyjno-patriotyczną. Wspólnie z grupą wiernych zaczęli pielęgnować pamięć o wielkiej bitwie powstania listopadowego 1831 roku pod Olszynką Grochowską. Przystąpił również do nielegalnej grupy pod nazwą Krąg Pamięci Narodowej, której celem było propagowanie wartości patriotycznych.

Pod koniec lat 70-tych stał się współtwórcą Konspiracyjnego Komitetu Katyńskiego, którego zasługą, oprócz propagowania prawdy o Katyniu, było postawienie pierwszego w 1981 roku w Polsce pomnika katyńskiego na warszawskich Powązkach Wojskowych.

Ks. Wacław Karłowicz, ur. 15 września 1907 r. koło Pułtuska. Jest prałatem, szambelanem papieskim. Ukończył Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi w Pułtusku oraz seminarium duchowne w Warszawie. Święcenia kapłańskie otrzymał w lutym 1932 r. Był następnie katechetą w szkołach. W 1947 r. razem z innymi kapelanami z czasów wojny był organizatorem nieformalnego związku pod nazwą Księża- byli duszpasterze Polski Walczącej, którego do dziś jest przewodniczącym. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 1999. r. uhonorowany przez Radę Warszawy tytułem „Zasłużony dla Warszawy”. W 2006 r. otrzymał godność Honorowego Obywatela Warszawy. 29 maja 2007 prezydent Polski Lech Kaczyński udekorował go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, za działalność na rzecz odkrywania i upamiętniania prawdy o dziejach Narodu Polskiego. 19 czerwca 2007 roku odebrał na Zamku Królewskim w Warszawie prestiżową nagrodę „Kustosz Pamięci Narodowej”.

Artur Stelmasiak

Artykuł ukazał się w numerze 08-09/2007.

© Civitas Christiana 2022. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej