W kulcie prawa

2018/4/23
zrodlo-flickr.jpg

Prawo, aby zasługiwało na swoją nazwę, musi mieć podstawy antropologiczne, musi opierać się na solidnym fundamencie natury ludzkiej prawidłowo rozpoznanej przez rozum.

Prawo ustanawiane przez ludzi (stąd nazywane stanowionym) należy do sfery kultury, więc podlega zmianom uwarunkowanym historycznie. Mamy z nim do czynienia na co dzień: nasze uprawnienia i powinności na poszczególnych obszarach życia określa kodeks ruchu drogowego, ordynacja podatkowa, statut partii politycznej, regulamin spółdzielni mieszkaniowej, zestaw przepisów dotyczących zatrudnienia itd.; członków Kościoła katolickiego dodatkowo obowiązuje kodeks kanoniczny. Każdego rodzaju prawo jest przez kompetentne gremia dostosowywane do zmieniających się okoliczności społecznych, gospodarczych i innych, korygowane i uzupełniane. Proces ten, którego początki ledwie wyłaniają się z pomroki dziejów, właściwie trwa nieustannie, ponieważ w miarę rozwoju naszej wiedzy i samoświadomości ciągle odkrywamy coś do ulepszenia. Wszyscy zgadzamy się co do tego, że prawo powinno być coraz sprawiedliwsze (aspekt moralny), mądrzejsze (aspekt wychowawczy) i skuteczniejsze (aspekt pragmatyczny); takich też kompetencji w jego stanowieniu oczekujemy od jego twórców na każdym szczeblu władzy legislacyjnej.

Pomimo wielości swoich dziedzin i gałęzi, a także mimo nieustających przemian zarówno treściowych, jak i formalnych, prawo ma ogólną, niezmienną rację swojego istnienia, która uzasadnia i uruchamia wszystkie procesy jego układania, poprawiania, a w razie potrzeby także zawieszania lub uchylania. Bez zagłębiania się w skomplikowane szczegóły można powiedzieć, że nadrzędnym celem każdego rodzaju prawa jest godzenie partykularnych racji i postaw w imię jakiejś wyższej wartości, która włącza je w siebie i dzięki temu odbiera im potencjalnie antagonistyczny charakter. Inaczej mówiąc, naczelnym zadaniem prawa jest umieszczanie wycinkowych dóbr indywidualnych i grupowych w przestrzeni dobra wspólnego, które łączy nas wszystkich, ponieważ nolens volens tworzymy jedną rodzinę ludzką. Jest to całościowo rozumiane (integralne) dobro każdego człowieka i wszystkich ludzi razem wziętych. Najwyższą zatem racją prawa – oczywiście o tyle, o ile nie ulega ono rozmaitym nadużyciom i wypaczeniom – jest ochrona człowieczeństwa we wszystkich jego żywotnych elementach i aspektach, czasami nawet wbrew chęciom, zamiarom lub pożądaniom jednostek, stronnictw i grup interesów. Dlatego prawo pełni rolę humanizującą nasze wzajemne stosunki.

Wobec tego można zasadnie powiedzieć, że prawo, aby zasługiwało na swoją nazwę, musi mieć podstawy antropologiczne, musi opierać się na solidnym fundamencie natury ludzkiej prawidłowo rozpoznanej przez rozum. Ottavio De Bertolis, wykładowca filozofii prawa na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, w znakomitej książce pod znamiennym tytułem Elementy antropologii prawa (wyd. polskie 2013) stwierdza: „Sensem dla prawa jest właśnie człowiek. Prawo jest przeto czynnikiem gwarantującym status osoby”.

 

Prawo jako maszyna

„Prawo rozbrzmiewa tysiącem głosów” – powiada francuski znawca tej dziedziny prof. Gérard Cornu. Nawiązując do naszej rodzimej mitologii, można też powiedzieć, że prawo, niczym słowiańskie bóstwo Świętowit (Światowid), ma wiele twarzy. Analogia idzie jeszcze dalej: prawo, tak samo jak ów pradawny twór, też może stać się bożkiem, czyli obiektem ślepego kultu. Na czym to polega i w jakich okolicznościach dochodzi do takiego odwrócenia właściwej roli prawa?

Problem jest dość skomplikowany, więc siłą rzeczy można go tu przedstawić tylko w ogólnych zarysach i nieuniknionym uproszczeniu. Zacznijmy od prostych obserwacji socjokulturowych. Już od pokoleń żyjemy w świecie przesyconym obecnością techniki i jej różnymi wytworami. Przez cały dzień zajmujemy się obsługą rozmaitych urządzeń i maszyn, od tak prostych jak lampka nocna w sypialni po tak złożone jak komputer, tramwaj, aparat rentgenowski albo tarcza drążąca tunel kolei podziemnej. Powiększone do ogromnych rozmiarów, bijące w oczy wizerunki produktów nowoczesnej techniki – telewizorów, samochodów, telefonów, ekspresów do kawy itd. – zapełniają ulice i place naszych miast, ekrany monitorów i stronice gazet (nota bene pod tym względem nie odeszliśmy daleko od socjalizmu i komunizmu, który epatował udręczonych obywateli monstrualnymi obrazami lokomotyw, kombajnów, traktorów i obrabiarek, obiecując rychłe wyzwolenie ludzkości dzięki postępom umaszynowienia).

Jaki te zjawiska mają związek z prawem? Otóż wszędobylska, natrętna technika sprawiła, że również prawodawstwo zaczęto postrzegać jako wielką, bezosobową maszynę do produkowania wymaganych przepisów. Rozpowszechniło się mniemanie, że powinna ona automatycznie dostarczać pożądanego wyniku na podstawie wkładu, który zostanie w niej umieszczony. Wkładem tym we współczesnej, indywidualistyczno-konsumpcjonistycznej kulturze świata zachodniego są pragnienia i uproszczenia jednostek. Mają one walor subiektywnej „słuszności”, a  więc domagają się uznania, bez względu na swoje treści i odniesienie do wyżej wspomnianej ogólnej racji prawa, którą jest natura ludzka i jej niezbywalne dobra. W cytowanej wyżej publikacji De Bertolis tak charakteryzuje ten proces:

„Mogę sobie rościć prawo do tego, żeby położono kres mojemu życiu albo żeby poślubić osobę tej samej płci, albo żeby mieć dziecko z zapłodnienia homologicznego bądź heterologicznego. […] domagam się, żeby […] technika […] prawna, uczyniła dla mnie godziwym lub dozwolonym to, co jest wykonalne […]. Tym samym żądam, aby wspólnota, a zatem państwo, zajęła stanowisko wobec tych moich roszczeń czy pragnień i usankcjonowała je właśnie przez wyniesienie ich do rangi «prawa». […] Żądam, aby państwo przyznało mi jakieś prawo, aby stworzyło jakieś prawo i abym ja sam dzięki temu stał się podmiotem tegoż prawa. […] Prawo staje się niewolnikiem techniki: musi legalizować czy uprawomocniać to, co technicznie wykonalne i co ja mogę faktycznie spełnić. Aktywność prawna, tak samo jak polityczna, rozwija się równolegle do działalności technicznej, ponieważ prawo jest po prostu jeszcze jedną techniką spośród wielu. Z kolei porządek prawny jest całkowicie bezkształtny, obojętny”.

 
Popsuty porządek
Z tego wynika, że porządek prawny może w siebie przyjąć dowolne treści narzucone przez tę czy inną grupę nacisku. Tym samym zostaje on oderwany od realnego fundamentu natury ludzkiej i wskutek tego poddany wszelkim „powiewom relatywizmu”, o jakich mówił kard. Joseph Ratzinger w homilii podczas mszy pro eligendo Romano Pontifce przed konklawe w 2005 r. Tym sposobem również w dziedzinie prawa, mówiąc dalej słowami kard. Ratzingera, „tworzy się swoista dyktatura relatywizmu, który niczego nie uznaje za ostateczne i jako jedyną miarę rzeczy pozostawia tylko własne ja i jego zachcianki”. Prawo przekształca się w nihilistyczną maszynę, od której powszechnie oczekuje się jedynie tego, żeby sprawnie generowała przepisy w rytmie czystego proceduralizmu.

Zgodnie z dziedzictwem oświecenia i rewolucji francuskiej częstokroć odbywa się to pod nośnym hasłem powszechnych praw człowieka. Trudno wymyślić coś bardziej sugestywnego: któż z nas nie chciałby mieć więcej praw? Oczywiście na bliższą metę to działa, ale jeżeli zachodnie państwa i społeczeństwa nadal będą konsekwentnie podążać w tym kierunku, to grozi nam wszystkim to, że nasze ludzkie wartości i prawa rozpłyną się w niezróżnicowanej magmie totalności. W obecnym bowiem stanie rzeczy „prawem człowieka” może stać się właściwie wszystko, czyli dowolna projekcja indywidualnych pragnień, a z drugiej strony każde działanie może podlegać sankcji prawnej (represji) jako rzekome pogwałcenie któregoś z niezliczonych i w znacznej mierze już niezrozumiałych „praw człowieka”. Tym sposobem sytuacja przybiera całkiem nowy i chyba niespodziewany obrót: oto prawa człowieka, które pierwotnie były obmyślone i wprowadzane jako „zbroja” do zabezpieczenia jednostek ludzkich przed wszechmocą państw, zaczynają przeistaczać się w „oręż” do nowoczesnej wojny wszystkich przeciwko wszystkim, o jakiej szeroko pisał angielski myśliciel Thomas Hobbes. Broń zatem przestała jedynie zabezpieczać i zaczęła być używana do aktywnej walki: wyraźnie przecież widać, że środowiska feministyczne, aktywiści „ekologiczni” i członkowie innych krzykliwych grup nacisku wbrew głoszonemu przez siebie hasłu „love and peace” bynajmniej nie zachowują się pokojowo, lecz agresywnie i podstępnie. Sytuację taką pośrednio wskazał już 150 lat temu włoski filozof i teolog Antonio Rosmini, kiedy konstatował z goryczą, że współczesne mu umysły ludzkie są „oszalałe na punkcie własnych uprawnień” i „niepomne swoich obowiązków”.

Dla nas współczesnych oznacza to w sumie, że te same prawa, które wielu społeczeństwom w XX wieku pomogły przejść od totalitaryzmu do demokracji, niosą ze sobą realne niebezpieczeństwo rychłego zwrócenia tego procesu historycznego w przeciwną stronę. Dyktatura powraca, tym razem objawiając się nie w postaci autorytarnego władztwa monarchów i oligarchów, lecz jako wspomniana przez kard. Ratzingera dyktatura relatywizmu.

Paweł Borkowski

mak

Kowalczyk Marta v2

Marta Kowalczyk

Filolog. Członek redakcji i Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”.

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#De Bertolis #Paweł Borkowski #prawo #slider
© Civitas Christiana 2021. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej