7892308660-dc22fc6b7d-h.jpg

Multikulturalizm – fakt czy eksperyment?

2016/10/16

Skoro normy i reguły współżycia w społeczeństwie nie powinny wynikać z nagiej siły i przemocy, to z jakich źródeł należy je wywodzić? Czy istnieje jakiś głos bezstronny (super partes)?

„Multikulturalizm” to pojęcie używane dzisiaj szczególnie chętnie przez socjologów, politologów, filozofów polityki, obserwatorów życia publicznego i wszelkiej maści aktywistów. Stało się ono wręcz modne, jak niegdyś hasła suwerenności lub wyzwolenia. Widnieje w artykułach naukowych i encyklopedycznych, pojawia się w wypowiedziach polityków i komentarzach dziennikarzy, bywa umieszczane na afiszach i transparentach.

Termin ów można rozumieć co najmniej dwojako. Często służy on do konstatacji faktu, że w ramach jakiejś wyróżnionej całości geograficznej, społecznej, państwowej lub cywilizacyjnej współistnieją relatywnie liczne grupy ludzi reprezentujące odmienne kultury, najczęściej o różnej genezie i przynależności narodowościowej. W tym sensie multikulturalizm, czyli wielość koegzystujących kultur, jest przeciwieństwem homogeniczności kulturowej.

Jeżeli pominiemy odrębną, złożoną i dyskusyjną kwestię, co właściwie należałoby obejmować mianem kultury (w najszerszym ujęciu jest to względnie trwały, spójny i charakterystyczny system pojęć, przekonań, wartości, norm i obyczajów, a także zespół wytworów materialnych i umysłowych), to możemy stwierdzić, że rozumiana w opisowy sposób wielokulturowość bynajmniej nie jest zjawiskiem nowym. Występuje ona właściwie od zawsze, a historia powszechna dostarcza niemało świadectw na potwierdzenie tej tezy. Jej symbolem z epoki starożytnej mogłoby być Cesarstwo Rzymskie, ale nie tylko ono: jeszcze wcześniej znacznie mniejsza Grecja dzieliła się nie tylko na rozliczne miasta-państwa (grec. poleis), lecz także na odrębne kulturowo krainy, takie jak Attyka, Beocja, Fokida, Lokryda i inne. W rozległym Imperium Otomańskim dominowali muzułmanie, niemniej zamieszkiwali je również wyznawcy chrześcijaństwa, judaizmu i innych religii. Jako pewien historyczny wzór państwa, w którym pokojowo żyły obok siebie różne nacje i kultury, zwykło się wskazywać Polskę Jagiellonów, która pośród swoich mieszkańców miała zarówno Polaków, jak i Litwinów, Żydów, Tatarów itd. Współcześnie pojęcie „multikulturalizm” w tymże znaczeniu odnosi się zwłaszcza do państw, które uformowały się w nowożytności na skutek procesów kolonizacyjno-imigracyjnych, np. USA, Kanada, Australia. Niemniej zjawisko wielokulturowości nieobce jest i starym cywilizacjom, np. Chinom i Indiom, w których żyje wiele mniejszości kulturowych (typowym przykładem są Sikhowie zamieszkujący indyjski region Pendżab).

Drugie znaczenie omawianego terminu ma wymiar normatywny (preskrypcyjny). W tym sensie, bardziej dla nas interesującym i szczególnie aktualnym, multikulturalizm – zwłaszcza w kontekście zachodniej demokracji liberalnej – oznacza doktrynę (ideologię, filozofię, politykę), która popiera różnorodność kulturową społeczeństw i dąży do jej zachowania. Można dostrzec w tym pewną analogię do ekologii: początkowo zajmowała się ona tylko badaniem i opisem relacji zachodzących między organizmami i ich środowiskiem naturalnym, a później rozwinęła się w dyscyplinę służącą określaniu norm i reguł jego ochrony (stąd wzięły się tak zwane organizacje ekologiczne, polityka ekologiczna itp.).

Zwolennicy normatywnie rozumianego multikulturalizmu przeciwstawiają się postulatom i tendencjom asymilacyjnym: uważają, że celem polityki państwa nie powinno być integrowanie za wszelką cenę poszczególnych grup mniejszościowych, lecz zapewnianie im środków finansowych, prawnych i innych, aby mogły kultywować i pogłębiać swoją tożsamość. W tym sensie multikulturalizm jest więc przeciwieństwem asymilacjonizmu. Odrzuca popularną skądinąd i w swoim czasie nośną ideę tygla (ang. melting pot), w którym poszczególne kultury miałyby się z biegiem czasu mieszać i stapiać w cywilizacyjno-społeczną całość, propaguje natomiast uwydatnianą celowo odrębność kultur w ramach tejże całości.

W początkowym okresie rozwoju tego nurtu jego teoretycy koncentrowali się na potrzebach, prawach i roszczeniach grup mniejszościowych, które uważali za poszkodowane lub zepchnięte na margines społeczny: Murzynów amerykańskich, kobiet, odmieńców seksualnych, inwalidów. Dzisiejsze natomiast zainteresowania multikulturalistów koncentrują się głównie wokół problematyki mniejszości narodowych i religijnych żyjących w społeczeństwach Zachodu.

W tym miejscu zarówno rozważania teoretyczne, jak i doświadczenie codzienności nieodparcie stawiają przed nami ważkie pytanie: jak sprawić, żeby poszczególne, niekiedy bardzo różne kultury żyły obok siebie we wspólnej przestrzeni geograficznej, prawnej, społecznej itp. w sposób nie tylko pokojowy, ale więcej – możliwie harmonijny i twórczy? Zwolennicy multikulturalizmu zwykli na to odpowiadać, że koegzystencję kultur w społeczeństwie należy uwolnić od wszelkich sztucznych więzów i pozostawić jedynie zestaw „minimalnych norm” zapewniających stabilność w ramach państwa. Chodziłoby więc o poszukiwanie najmniejszego wspólnego mianownika etycznego, jakiegoś zbioru pryncypiów, które pozwalałaby w jednym porządku prawnym skupiać przedstawicieli wielu opcji kulturowych.

To rozwiązanie wydaje się oczywiste, ale jest nazbyt łatwe, by było możliwe do zrealizowania. Problem bowiem tkwi właśnie w tym, że jeśli na jednym obszarze żyją grupy, z których każda wyznaje inne wartości i kieruje się innymi zasadami, to na jakich albo na czyich warunkach będą się opierały ich wzajemne relacje? W radzieckich zakładach i obozach karnych przebywali razem więźniowie polityczni i kryminalni (urkowie), ale zasady narzucali ci drudzy, bo po prostu byli lepiej zorganizowani, sprytniejsi i silniejsi fizycznie, choć niekoniecznie liczniejsi. Trudno porównywać współczesne społeczeństwo demokratyczne z syberyjskim łagrem, niemniej zasadnicza analogia w interesującym nas aspekcie jawi się całkiem jasno: skoro normy i reguły współżycia nie powinny wynikać z nagiej siły i przemocy, to z jakich źródeł należy je wywodzić? Czy istnieje jakiś głos bezstronny (super partes)?

Historyk i historiozof Feliks Koneczny (1862–1949) określał cywilizację jako „metodę życia zbiorowego” i twierdził, że jednostka i społeczność nie mogą być „cywilizowane na dwa sposoby” – inaczej mówiąc, nie mogą należeć do dwóch cywilizacji jednocześnie. Widzimy to z całą ostrością, patrząc na dzisiejszy multikulturalizm Europy Zachodniej, przenikniętej licznymi społecznościami imigranckimi, a także rozmaitymi subkulturami, które wyrosły w jej własnym łonie. Przecież nie sposób równocześnie bronić monogamii i poligamii, dopuszczać aborcję i bronić życia, wspierać religię i zakazywać jej przejawów publicznych etc. Wszelkie próby pozornie łatwego, bezbolesnego godzenia odrębnych typów tożsamości czy choćby tylko różnych orientacji ideowych mogą w ostatecznym rezultacie doprowadzić do zaognienia konfliktów, a nawet do otwartej wojny; mamy to zresztą możność obserwować na bieżąco, gdyż środki masowego przekazu nie szczędzą nam takich doniesień.

Jako chrześcijanie moglibyśmy w pierwszym odruchu i w dobrej wierze odpowiedzieć, że wspólną, mocną podstawą dla koegzystencji kultur powinien być Dekalog. Jest to przecież nie tylko fundamentalny tekst normatywny naszego kręgu cywilizacyjnego, ale uniwersalny kodeks moralny, który formułuje zasady ogólnoludzkie, obligujące „każdą istotę rozumną”, jak powiedziałby Emanuel Kant. Weźmy pod uwagę trzy pierwsze z dziesięciu przykazań, w historycznym rozumieniu dotyczące kultu Boga-Jahwe: można je interpretować szerzej, np. jako nakaz posłuszeństwa własnemu sumieniu lub respektowania pewnych wartości, niekoniecznie w duchu religijnym. Jednakże i ten tok myślenia na którymś etapie rodzi poważne trudności, np. w odniesieniu do przykazania „nie zabijaj”: zakaz ten ewidentnie oznaczałby coś innego np. dla chrześcijan i dla orędowników „świętej wojny z niewiernymi”. Jeżeli zaś nie może zaistnieć ogólnospołeczne porozumienie w sprawach istotnych, to wszelkie umowy i regulacje dotyczące spraw pomniejszych stają się nieistotne.

Problematyka pożądanej normatywności multikulturalizmu okazuje się zatem równie złożona jak kwestia jego oddziaływania na oblicze współczesnej Europy. Z jednej strony, jak wspomnieliśmy na początku, jakaś wielokulturowość cechuje nasz kontynent od dawien dawna. Z drugiej strony zjawiskiem stosunkowo nowym jest narzucanie jej przez ideologów i polityków jako rzekomej powinności narodów, które od stuleci mieszkają i rozwijają się w naszej części świata. Multikulturalizm przestaje więc być czystym faktem i powoli zamienia się w eksperyment zakrojony na dużą skalę.

Dr Paweł Borkowski

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#filozofia #multikulti #multikulturalizm #obyczaje #tradycja #wychowanie #zasady
© Civitas Christiana 2020. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej