…olśniła go nagle światłość z nieba

2013/01/19

…wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów… (Dz 9,14 ) „Nawrócenie” – to słowo należy dzisiaj przede wszystkim do sfery duchowej, jest nacechowane określonymi wartościami moralnymi i religijnymi, oznacza przemianę naszego życia na lepsze, w węższym zaś znaczeniu jest to termin na wskroś religijny; wyznawcy Chrystusa – o czym mówią Ewangeliści – mają się nawracać każdego dnia. Dawniej natomiast było tożsame z dzisiejszym „zawracać”.

Zawracamy wszakże nie tylko wówczas, gdy pobłądziliśmy, lecz również w innych sytuacjach, choćby z powodu zmęczenia czy zniechęcenia. Zawracamy, czyli wracamy do punktu wyjścia. Natomiast nawrócenie jest powrotem na właściwą drogę, tę, którą powinniśmy zmierzać.

Owa cząstka na- w miejsce za- okazuje się więc niesłychanie istotna, o czym świadczy najbardziej dramatyczny przykład nawrócenia zapisany w Dziejach Apostolskich – przemiana Szawła w Pawła. Szaweł „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” (Dz, 9,1). Nie tylko nie był wyznawcą Chrystusa, ale przeciwnie – prześladowcą; w jego sytuacji nie wystarczyło więc zawrócić z drogi, jaką podążał, ale właśnie nawrócić się, przemienić zupełnie swoje życie, jak to napisała w jednym z wierszy Anna Kamieńska:

Przemienić się
wywrócić się jak rękawica
okręcić jak planeta
przewlec siebie przez siebie
aby każdy dzień przeniknął przez każdą noc
aby każde słowo przebiegło na drugą stronę prawdy
(…)

Spaść z konia
twarz umazać w pyle
oślepnąć
wstać
i dać się prowadzić
jak ślepy Szaweł
do Damaszku

Charakterystyczne, że znakomita poetka, chcąc ukazać radykalność owej tak zasadniczej przemiany, nie znajduje lepszego przykładu, niż właśnie nawrócenie św. Pawła. Bo też istotnie, kiedy uważnie czytamy Pismo św., trudno oprzeć się wrażeniu, że Jezus, powalający Szawła na ziemię, działał niczym starotestamentowy Jahwe. Ewangelia rzadko ukazuje tak gwałtowne działania Bożego Syna, który chodząc po świecie, odpuszczał grzechy i nawracał, zawsze jednak pytał: „czy chcesz”, by dodać na koniec: „wiara twoja cię uzdrowiła”. U bram Damaszku wszystko działo się zupełnie inaczej.

„Szaweł ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich. Udał się do arcykapłana i poprosił go o listy do synagog w Damaszku, aby mógł uwięzić i przyprowadzić do Jerozolimy mężczyzn i kobiety, zwolenników tej drogi, jeśliby jakichś znalazł. Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: ťSzawle, Szawle, dlaczego mnie prześladujesz?Ť. ťKto jesteś, Panie?Ť – powiedział. A On: ťJa jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynićŤ.

Ludzie, którzy mu towarzyszyli drodze, oniemieli ze zdumienia, słyszeli bowiem głos, lecz nie widzieli nikogo. Szaweł podniósł się z ziemi, a kiedy otworzył oczy, nic nie widział.” (Dz 9,1-8)

Skala dramatyzmu tego wydarzenia wydaje się po ludzku nie do pojęcia. Oto zapalczywy w swojej nienawiści oprawca chrześcijan w jednej chwili zostaje pokonany przez Tego, kogo w Jego wyznawcach prześladował. Oślepionemu światłością z nieba wystarczyło jedno zawołanie po imieniu, by uznał w mówiącym swojego Pana i stał się narzędziem w Jego ręku. Stąd nasz znakomity poeta, Jerzy Liebert, napisze w jednym z najbardziej znanych utworów polskiej liryki religijnej:

Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski, Stratowałeś, stanąłeś na mnie. Ległem zbity, łaską podcięty, Jak dym, gdy wicher go nagnie. * * *

Długo jednak musieliśmy czekać na pierwsze poetyckie świadectwo nawrócenia nawiązujące do tego fragmentu Ewangelii. Jeszcze w wielkiej poezji religijnej XVII stulecia, gdy temat powrotu do katolicyzmu po okresie reformacji zdominował wręcz twórczość wielu autorów, próżno szukać podobnego przykładu. Nawet Mikołaj Sęp Szarzyński, autor niezrównanych sonetów najpełniej wyrażających duchowość człowieka przełomu renesansu i baroku, wyznał jedynie: „A ja, co dalej, lepiej cień głęboki/ Błędów mych widzę…”, i na tym się zatrzymał.

Bo też przyznanie się, że tak daleko odeszliśmy od Boga, iż to Stwórca musiał nas ścigać, wymagało zupełnie innego spojrzenia na sprawy wiary i… znalezienia adekwatnych środków artystycznych zdolnych wyrazić tę sytuację człowieka.

Dokonał tego jeden z największych mistrzów naszego języka poetyckiego, autor wspaniałej liryki mistycznej, sięgającej Bożej Tajemnicy, Juliusz Słowacki, którego – co za niezwykłe doprawdy, ale i znaczące zdarzenie – Rok obchodzimy wraz z kościelnym Rokiem św. Pawła! Czytając takie utwory, jak porażające wręcz Zachwycenie, trudno nie powtórzyć za ks. Janem Twardowskim, że wszystko ma swój czas. Po przerażających wręcz słowach Adama Mickiewicza z Wielkiej Improwizacji czy wiersza Broń mnie przed sobą samym, nie wystarczyły już modlitwy pokornego kapłana ks. Piotra. Musiał pojawić się poeta, by zadośćuczynić Stwórcy za tamte słowa.

Przypomnijmy, co pisał autor Dziadów w przywołanym tu utworze:

Oko w oko utapiam w Tobie me źrenice,
Chwytam Ciebie rękami za obie prawice
I krzyczę na głos cały: wydaj tajemnicę!
Dowiedź, żeś jest mocniejszy, lub wyznaj, że tyle
Tylko ile ja możesz w mądrości i w sile.

Tak szukając Boga, nie można Go odnaleźć. Stwórca natomiast nie tylko zawsze odnajdzie największego nawet grzesznika, ale i – jak wiemy z Ewangelii – wtedy dopiero jest wielka radość w niebie.

Juliusz Słowacki musiał przebyć długą drogę, zanim doznał łaski oświecenia „Pańska błyskawicą”. Wprawdzie jako dziecko modlił się żarliwie, ale były to niezwykłe – jak sam przyznawał – modlitwy: „kiedy byłem egzaltowanie nabożny, modliłem się do Boga często i gorąco, żeby mi dał życie najnędzniejsze – żebym był pogardzany przez cały wiek mój – i tylko mi za to dał nieśmiertelną sławę po śmierci”. Rychło jednak oddalił się od Boga. Wcześnie osierocony, zyskał ojczyma w osobie osławionego doktora Becu, który był z pochodzenia Francuzem, z wyznania protestantem, a przede wszystkim lojalnym wobec władz rosyjskich profesorem uniwersytetu. W takim domu trudno było o religijne wychowanie. Kiedy już przebywał na emigracji i narzekał na swoją samotność, pisał w liście do matki: „Bóg mi przeznaczył miejsce, w jakim cichym klasztorze – dlaczegoż nie dał mi tej mistycznej pochodni, z którą w klasztorze mógłbym się zamknąć i latać na skrzydłach wiary w jakąś błękitną krainę nieskończoności?”. Były to – jak się miało okazać – prorocze wręcz słowa. Po latach poszukiwań i przemyśleń jego najważniejszą książką stała się Biblia: „Mało teraz czytam – pisał do matki – i często wieczorem przed zaśnieniem czytam głośno rozdział Biblii. (…) Przedwczoraj tak mocno wraziła mi się w imaginację męka Chrystusa, że we śnie umęczenie całe widziałem. Obudziłem się okropnie przerażony”.

Był to ostatni etap wewnętrznego dojrzewania człowieka i artysty. Poeta opuścił na trzy miesiące Genewę, gdzie wówczas mieszkał, zaszył się w maleńkiej wsi w górach i tam przeżył swoje własne, głębokie rekolekcje. Po powrocie pisał do matki:

„Trzy miesiące przepędzone pośród najpiękniejszych widoków przyrodzenia były wielką dla mnie nauką. Uważałem harmonijną, która wszystko łączy i nalewa jednym kolorem. Postrzegłem, że sztuka powinna naśladować tę dziwną jedność wszystkiego. Zastanawiałem się długo – nad drzewami, kwiatami, szmerem, różnymi dźwiękami natury – widziałem ją z bliska błękitną albo chmurną. Raz, wyszedłszy na wielką górę, pod nogami miałem wielki parów zarosły sosnami, bardzo ciemny, przerżnięty potokiem. Było to w niedzielę rano. Dzwon kościoła wiejskiego, nadzwyczaj głośny i ponury, napełniał całe powietrze”.

Ostatecznie jednak dopiero pielgrzymka do Ziemi Świętej, podczas której spędził noc przy Grobie Pańskim, zakończyła duchowe dojrzewanie poety:

„Noc u grobu Chrystusa przepędzona zostawiła mi mocne wrażenie na zawsze. O godzinie 7 wieczór zamknięto kościół – zostałem sam i rzuciłem się z wielkim płaczem na kamień grobu. Nade mną płonęło 43 lamp. Miałem Bibliją, którą czytałem do 11-stej w nocy. (…) Różne wiary, każda mająca swoją mniejszą lub większą zagrodę w tym gmachu, budzić się zaczęły na głos tego dzwonu. (…) o drugiej zaś w nocy ksiądz rodak wyszedł ze mszą na intencję mojej kuzynki [tak Słowacki, ze względów cenzuralnych, określał Polskę – W.S.], a ja, klęcząc na tym miejscu, gdzie Anioł biały powiedział Magdalenie: Nie ma Go tu, zmartwychwstał! Słuchałem całej mszy z głębokim uczuciem. O trzeciej w nocy znużony, poszedłem do klasztoru i spałem snem dziecka, które się zmęczy łzami”.

Poeta nie tylko odnalazł Boga, ale i mógł już wyśpiewać swoje Zachwycenie:

Bo mój Stworzyciel znalazł mnie na ziemi
I napadł w nocy ogniami złotemi…

Bo Pan, mówiący w objawieniu: Jestem,
Napadł mię w ogniach z trzaskiem i szelestem.

Przetoż się, Panie, wiecznie upokorzę
Pomnąc na ono płomieniste łoże.

Gdy Pan nade mną stał w ognia oponach,
Gdym był jak ptaszek w Pana mego szponach,
(…)

Waldemar Smaszcz

Artykuł ukazał się w numerze 03/2009.

© Civitas Christiana 2024. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej