Nie można przejść obojętnie wobec naszej historii

2014/2/27

Z Robertem Glińskim, reżyserem filmu Kamienie na szaniec, o tym, czym jest dobre kino historyczne i czy powstanie film o rotmistrzu Witoldzie Pileckim – rozmawiają Marcin Motylewski i Karol Wyszyński

Czy to mama i jej wspomnienia skłoniły Pana do nakręcenia filmu?
Moja mama była sanitariuszką w Batalionie “Zośka”. To co jej zawdzięczam, to wrażliwość na okres okupacji, przede wszystkim na śmierć młodych ludzi. Wielu kolegów mojej mamy zostało zabitych przez Niemców. Zawsze chodziliśmy na Cmentarz Powązkowski do kwatery brzozowych krzyży, gdzie są groby „Zośki, „Rudego”, „Alka”, wielu innych koleżanek i kolegów mamy. Gdy chodziliśmy wzdłuż tych grobów, mama opowiadała: „Tu leży Basia. Pożyczyłam jej buty, a gdy w tych butach przechodziła obok barykady, to ją zastrzelili. Nigdy więcej nie pożyczyłam nikomu butów”. Gdy Batalion „Zośka” wyzwalał Gęsiówkę, pierwszym rannym, którego mama opatrywała i który umarł na jej rękach, był młody niemiecki żołnierz. Jęczał: Mutter, meine Mutter…  Mama zakładała mu bandaże i chciała ratować. A rok wcześniej mama mojej mamy, czyli moja babka została rozstrzelana przez hitlerowców.  Takich opowieści się nie zapomina.

Czy młodzi z czasów mamy, „Rudego” i „Zośki” różnili się od współczesnej młodzieży?
Byli bardzo podobni. Chcieli żyć, bawić się, uczyć, mieli swoje ideały. Oczywiście można powiedzieć, że obecnie młodzież nie chce się uczyć, nie ma ideałów i jest nastawiona tylko na konsumpcyjny styl życia. Uważam, że to nieprawda. Są takie grupy, ale są też inne. Poza tym uważam, że dzisiaj wśród młodych budzi się czas duchowości, że idee i sprawy ducha na nowo stają się dla nich bardzo ważne.

Czy Pański film to także wezwanie do młodych, by zwrócili uwagę na sprawy ważniejsze niż kariera i gadżety?
Mój film będzie dotykał kilku ważnych spraw. Tego, czym jest przyjaźń, braterstwo, miłość. Na czy polega dylemat: życie czy śmierć? Nie dam jednak gotowego rozwiązania, będzie to raczej „kamień” do dyskusji.

Czy widział Pan film Akcja pod Arsenałem Jana Łomnickiego? Czy można porównać te dwa obrazy?
Oczywiście obejrzałem. Będą to zupełnie różne filmy. Oczywiście w moim filmie jest akcja pod Arsenałem, ale inaczej zrekonstruowana. Inaczej zainscenizowałem sceny walk. Inaczej rozłożyłem akcenty.

Dlaczego zdecydował się Pan zaangażować mało znanych aktorów?
Zawsze jest dylemat, jak obsadzić film. W przypadku Kamieni na szaniec wydawało mi się, że najlepiej obsadzić role aktorami mniej znanymi. Takimi, którzy mają energię i talent. Jest wielu aktorów, którzy kończą szkoły i próbują sił w tym zawodzie, gdzie jest ogromna konkurencja. Zrobiliśmy castingi, na których wyłowiłem piętnastu chłopaków i kilka dziewcząt z różnych szkół teatralnych. Są fajni, energetyczni; uważałem, że trzeba dać im szansę. Dlatego jest tak wielu debiutantów. W filmie zobaczymy też wielu wybitnych, dorosłych polskich aktorów, m.in: Andrzeja Chyrę, Artura Żmijewskiego, Danusię Stenkę, ale wystąpią w rolach epizodycznych, np. rodziców głównych bohaterów.

Czy poza nowymi aktorami czymś jeszcze Pan nas zaskoczy w filmie?
Fanatycy wiernej i dokładnej adaptacji powieści będą zaskoczeni. Film trwa godzinę czterdzieści, więc gdybym chciał wiernie sfilmować powieść, potrzebowałbym piętnastu godzin. To jest ogromna historia epicka, która sięga jeszcze czasów przedokupacyjnych. Skoncentrowałem się na osi „Rudy” – „Zośka”. „Alek” jest, ale już trochę w cieniu. Trzeba się było na coś zdecydować, by film mógł powstać. Jest to więc subiektywne spojrzenie na Kamienie na szaniec, ale zawsze tak bywa z filmami historycznymi. Poza tym sama historia jest wieloznaczna, można powiedzieć, że ilu bohaterów brało w niej udział, tyle będzie wersji.

A co z wrzawą dotyczącą relacji „Rudego” i „Zośki”? Pojawiły się informacje o ich rzekomym związku homoseksualnym. Jak postrzega Pan poziom wrażliwości między nimi, czy było to coś charakterystycznego dla tamtej epoki?
Te informacje nazwałbym naukowymi banialukami. „Rudy” i „Zośka” to byli przyjaciele, ale dopiero w końcu 1942 i na początku 1943 roku. Czyli ich przyjacielska zażyłość to ostatnie miesiące przed aresztowaniem i śmiercią „Rudego”. Wcześniej poruszali się w innych towarzystwach. Młodzież w czasie okupacji bardzo często się spotykała. Była godzina policyjna, zatem często zostawali u siebie na noc, w szerszym gronie. A wtedy nie tylko dyskutowali o obowiązku walki za ojczyznę, ale też po prostu się bawili, np. w teatr. „Rudy” ze swoją dziewczyną Monią kręcili film, on był księciem arabskim, a ona księżniczką. Interpretacje homoseksualne, które się pojawiły, to kompletny absurd i nie mają żadnego oparcia w dokumentach. „Rudy” miał dziewczynę, „Zośka” miał sympatię, spotykali się z nimi. A, że powiedzieli sobie coś ciepłego, gdy „Rudy” umierał, to jest  normalne i całkowicie ludzkie.

Skąd bierze się w Polakach zainteresowanie kinem historycznym? Triumfy święci serial „Czas honoru”, a teraz Pan zajął się filmem historycznym.
To nie jest mój pierwszy film historyczny. Zrobiłem już Niedzielne igraszki, których akcja toczy się w latach 50., Wszystko, co najważniejsze, o zsyłce do Kazachstanu na podstawie wspomnień Oli Watowej, czy Wróżby Kumaka.
Polska historia to jest ogromny splot wydarzeń, namiętności, konfliktów i to w nas wszystkich siedzi. Niektórzy to odrzucają, a niektórzy zupełnie odwrotnie. Co to oznacza? Nie można przejść obojętnie wobec naszej historii. Nasza historia wyzwala emocje i burzę myśli. To jest fantastyczne. Dlaczego jest ona tak wspaniałym materiałem na film? Wydarzenia historyczne powodują polaryzację postaw bohaterów, rodzą konflikty, dzięki temu historia jest wspaniałym materiałem dramaturgicznym. Bohater staje przed trudnym wyborem moralnym, np. zabić, zginąć czy uciekać. Jest to fantastyczne dla postaci filmowej i całego filmu. Poza tym historia może nas czegoś nauczyć, budzi refleksję i może pomóc w zrozumieniu współczesności.

Czego potrzeba, by powstał dobry film historyczny?
Bohatera i wydarzeń, które postawią go przed trudnym wyborem. Wymaga to też spiętrzenia różnych przeszkód, które bohater musi pokonać, by osiągnąć swój cel. Czasem jest mniej ważne, jaki to cel, ważna jest jego postawa i konflikt. Jeśli dramaturgia jest interesująca, konflikty ciekawe i postać niejednoznaczna, złożona, ma jakieś słabości, ale z nimi walczy i potrafi je przezwyciężyć, to na pewno będzie to dobry film.

A budżet?
Pieniądze są bardzo istotne w filmie historycznym, ponieważ wchodzimy w inną epokę, scenografię, kostiumy, rekwizyty – to wszystko kosztuje. Filmy historyczne są kilka razy droższe niż filmy o współczesności.

A czego by Pan potrzebował, by nakręcić film o rotmistrzu Pileckim?
Dobrego scenariusza. Sama historia rotmistrza jest fantastyczna, ale to jeszcze za mało. Trzeba pokazać nie tylko pomnikową postać, ale także jej ludzką twarz, dopiero wtedy widz się z nią utożsami. Jeśli to będzie ktoś taki jak James Bond, to niestety po wyjściu z kina szybko o nim zapomnimy.

Czyli możemy się umówić, że jeśli otrzyma Pan dobry scenariusz, podejmie się Pan realizacji i pieniądze się znajdą?
Oczywiście.

KOMENTARZ REDAKCJI

SZANIEC W WERSJI LEKKIEJ

Wywiad z Robertem Glińskim przeprowadziliśmy przed obejrzeniem Kamieni na szaniec. Film budzi kontrowersje, ale zdanie na jego temat każdy musi wyrobić sobie sam, zasiadając w kinowej sali.

Reżyser dość swobodnie potraktował realia okupacyjne. Widzimy, jak Niemcy ulgowo traktują „Zośkę”, gdy ten z rozpędu chce wjechać za więźniarką na Szucha, a niektórzy nawet uciekają przed bezbronnymi harcerzami w lesie, zamiast do nich strzelać. Zaczynamy się domyślać, jakie uwagi mógł mieć konsultant historyczny filmu i dlaczego po ich zignorowaniu wycofał się ze współpracy.

Scenariusz nie analizuje motywacji bohaterów do działania. Może nie jest to konieczny składnik opowieści, ale w zestawieniu z kłótniami z nieco zachowawczymi rodzicami daje to obraz raczej zbuntowanych nastolatków, a nie młodzieży poddanej religijnej i patriotycznej formacji w ZHP. W takiej sytuacji może się pojawić pytanie, skąd młodzi wynieśli chęć do walki z okupantem. Zagadkowo wygląda przekształcenie „Alka” w postać drugoplanową i tajemnicze zachowanie „Zośki”, który pozwala się zabić Niemcowi w ostatniej scenie.

Obraz ma swoje zalety: szybką akcję, dobrą obsadę, zmuszającego do refleksji Ślązaka w niemieckim mundurze i oddanie wrażliwości bohaterów przy jednoczesnym zręcznym ominięciu rafy, jaką stała się w książce scena czułości „Zośki” wobec umierającego „Rudego”, która po sugestiach niektórych środowisk miała mieć drugie dno obyczajowe.

Matka Roberta Glińskiego znała głównych bohaterów, co stwarza poważne nadzieje, że konsekwentna ucieczka reżysera od hagiografii w opisie chłopców z Szarych Szeregów ma swoje wiarygodne podstawy. Przedmałżeńska erotyka obecna w filmie nie budzi moralnego zachwytu, ale skoro prawdziwy „Zośka’’ pomieszkiwał u sympatii, to reżyser jest usprawiedliwiony. Gliński postanowił zamienić pomnikową dydaktykę na chodzenie po linii najmniejszego oporu, ale łatwo można znaleźć takie jego wypowiedzi, w których lojalnie uprzedzał, że opowie historię uwspółcześnionym językiem, do czego jako artysta ma prawo.

Jak powiedział Piotr Gliński, „Zośka” stwierdził po przeczytaniu książki Aleksandra Kamińskiego (pierwsze podziemne wydanie ukazało się miesiąc przed jego śmiercią), że nie opisuje ona prawdziwej historii. Taka opinia może być kandydatką na rozwianie wątpliwości dotyczących sposobu przedstawienia bohaterów, a i sam reżyser zapewnia, że oparł kreację „Orszy” (do jego wizerunku również mają zastrzeżenia środowiska harcerskie) o archiwa i dokumenty. Nie wymazuje to jednak wszystkich punktów z listy naszych zastrzeżeń.

Marcin Motylewski

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce
Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więcej

#film #Gliński
© Civitas Christiana 2021. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej