Home / Felietony / Albo dzieci, albo ZUS

Albo dzieci, albo ZUS

Jak w mojej książce Za rodziną, przeciwstawiam się tu pięknoduchom, którzy sądzą, iż w każdych warunkach można mieć udane małżeństwo i liczne dzieci. W pojedynczych przypadkach tak, w skali społecznej – nie! 

Według Arystotelesa najpierw trzeba żyć, a potem filozofować. W teologii mówi się, że łaska zakłada naturę, życie Boże zbudowane jest na bazie cielesnej.Rodzina w Polsce i Europie przeżywa głęboki kryzys. Świadczy o tym brak dzieci: współczynnik dzietności w Polsce wynosi około 1, 3 zamiast przynajmniej dwojga dzieci na kobietę. Świadczy o tym liczba rozwodów, rodzin niepełnych, rodzin patologicznych. Ten kryzys nie powinien być widziany jako zjawisko głównie moralne, kulturowe i psychologiczne. Tak go postrzegając, jako środki zaradcze proponuje się edukację szkolną i kościelną, poradnictwo rodzinne itd. Nie negując takich przyczyn ani potrzeby takich działań, chciałbym zwrócić uwagę na ekonomiczne źródła kryzysu.

Mechanizm kryzysu demograficznego

Przed stu laty w państwach zaborczych łączne opodatkowanie wynosiło kilkanaście procent. Zarazem pomoc socjalna była znikoma. Co to oznaczało dla rodzin? Musiały sobie poradzić same, w tym zabezpieczyć byt na starość. Najprostszym sposobem było posiadanie kilkorga dzieci, choć istniała też możliwość zgromadzenia majątku (w warunkach niskiego opodatkowania i znacznego wzrostu gospodarczego), albo też zwykłego oszczędzania (gdy pieniądz był oparty na złocie i inflacja nie zjadała oszczędności).

Wybierano najczęściej dzieci. Ziemie polskie przeżywały wtedy okres wzrostu demograficznego i gospodarczego. Istniała znaczna emigracja, jak obecnie, ale w warunkach przeludnienia, a nie wyludniania się kraju.

Co się stało potem? Opodatkowanie rosło, w tej chwili sektor publiczny dysponuje w Polsce ok. połową dochodu narodowego (PKB). Biorąc pod uwagę, że obciążenie rolników, emerytów i przedsiębiorstw jest stosunkowo niższe, łączna stawka dla ludzi żyjących z pensji, a więc dla większości rodziców z dziećmi, może sięgać dwóch trzecich. Jest to zamaskowane przez mnogość podatków, w tym pośrednich: VAT, akcyzę, PIT, CIT, składki na ZUS i zdrowotną, liczne opłaty. W zamian za podatki otrzymujemy świadczenia, ale za pośrednictwem biurokracji, która dużo kosztuje, marnotrawi i kradnie.

Przed stu laty poziom życia był niższy. Gdy jednak prawie cały dochód pozostawał w ręku tego, który go wypracował, utrzymanie liczniejszych dzieci na poziomie społecznie przyjętym było dla większości rodzin możliwe. Dziś już tak nie jest, choć Polacy nadal chcą mieć dzieci. Deklarują w ankietach przeciętnie chęć posiadania 2, 7 dzieci (czyli dwojga bądź trojga), a Polki w Wielkiej Brytanii mają współczynnik dzietności 2, 3. Jedno dziecko więcej niż w kraju.

Wśród przyczyn kryzysu demograficznego specjalne miejsce zajmują systemy emerytalne, rozwinięte w ubiegłych stu latach. Po pierwsze – pobierane na ich rzecz składki zmniejszają środki, jakie można przeznaczyć na dzieci. Po drugie – państwo, obiecując emerytury, osłabia motywację do posiadania dzieci jako oparcia na starość.

W ten sposób państwo konkuruje z rodziną, gdyż obiecuje rzeczy, które ta od zarania ludzkości zapewniała. Prowadzi to do demoralizacji obywateli, którzy myślą, że mniejszym wysiłkiem uzyskają więcej. Teraz wygodna małodzietność, potem wygodne życie na emeryturze. Zarazem państwo obiecuje pomoc w kradzieży. Przecież ci bezdzietni liczą na to, że ich emerytury zostaną sfinansowane przez cudze dzieci.

Tymczasem bez dzieci nie będzie również środków na emerytury. Dzisiejsze składki są bowiem wydawane na emerytury obecne, a emerytury przyszłe to czcza obietnica, za którą obecni rządzący odpowiadać na pewno nie będą. Składki są natychmiast przejadane.

W dodatku otwarte fundusze emerytalne zostały właśnie obrabowane w celu zapełnienia dziury budżetowej przed wyborami w latach 2014 i 2015. Funkcjonowały one zresztą po części dzięki pseudoinwestowaniu w obligacje państwowe, to znaczy też finansowaniu przez przyszłych podatników. Większość efektywnie nie pomnaża kapitału, nie mając do tego bodźców. Ubezpieczenie emerytalne ma sens, jeśli jest dobrowolne.

Systemy emerytalne mają bowiem cechy piramidy finansowej. Piramida polega na tym, że zobowiązania wobec pierwszych klientów pokrywa się z wpłat następnych. Działa to dopóty, dopóki liczba klientów rośnie, a gdy nowych chętnych zabraknie, następuje bankructwo. Póki trwa wzrost demograficzny albo przynajmniej imigracja, a w związku z tym rośnie zatrudnienie i przybywa płatników składek, system emerytalny jest wypłacalny. Skoro jednak samo jego istnienie powoduje spadek urodzeń, musi w końcu upaść, chyba że nastąpi znaczna obniżka emerytur, wbrew obietnicom i zobowiązaniom.

W tym kierunku zmierzamy. Kilkadziesiąt lat temu przypadało sześciu pracujących na jednego emeryta, obecnie poniżej trzech. Sytuację pogarsza ogromne bezrobocie, które oznacza brak wpłat przy niezmienionej liczbie uprawnionych do emerytury. Z ludzi w wieku produkcyjnym pracuje bowiem niewiele ponad połowa. Pogarsza sytuację również masa wczesnych emerytur: czy to przyznanych uprzywilejowanym (policja, wojsko, górnicy), czy też po to, by zamaskować bezrobocie (likwidując duże zakłady, dawano wczesne emerytury).

Jedną z przyczyn bezrobocia są wysokie podatki i składki, gdyż znacznie podwyższają one koszty pracy. Obniża to jak widać i dzietność, i zatrudnienie, a kraj się zwija zamiast rozwijać. Drugi czynnik hamujący to biurokracja, która paraliżuje przedsiębiorczość nadmiarem przepisów i często ją szykanuje. Rodzinę zresztą też.

wykres

Współczynnik dzietności w Polsce (źródło: strona Sejmu RP)

Inne obciążenia rodzin

Bezrobocie wywiera też na demografię bezpośredni wpływ. Niepewność zatrudnienia zniechęca małżeństwa do posiadania dzieci. Matki bezrobotne pozornie miałyby czas na dzieci, ale nie mając na nie środków, unikają ciąży. W tej grupie współczynnik dzietności spadł już poniżej 1. Rolnicy mniej się obawiają o wyżywienie dzieci, dlatego mają ich więcej, choć też zbyt mało.

Najwięcej wpływów do budżetu zapewnia podatek VAT. Jest to z natury swej podatek od konsumpcji, płacony przez ostatecznego nabywcę. Rodzina z dziećmi wydaje na konsumpcję procentowo więcej niż inni, a tym samym w większym stopniu opłaca ten podatek. To samo rozumowanie stosuje się do akcyzy na paliwa i energię, które są ukryte w każdej cenie detalicznej.

Ujednolicając VAT, podniesiono go na artykuły dziecięce – z 8 na 23%. Rzekomo z powodu wymogów unijnych, choć Wielka Brytania zachowała na nie VAT zerowy.

talerz

Talerz twojego dziecka – po opodatkowaniu (fot. MW)

Podatkiem bezpośrednio wymierzonym w rodzinę jest podatek spadkowy. Powinien on w ogóle zostać zniesiony.

Bardzo niski jest w Polsce próg podatkowy, od którego zaczyna się płacić podatek dochodowy PIT. Gdyby zastosować takie progi, jak na Zachodzie, rodziny średnio zarabiające w ogóle by go nie płaciły. Tę metodę zastosował Orban na Węgrzech i jakoś budżet się od tego nie zawalił.

Sprawa bezpośredniej pomocy dla rodzin może być dyskusyjna. Zabieranie przez podatki, a następnie oddawanie części pod szyldem pomocy państwa to oszustwo i marnotrawstwo. Prowadzi też do uzależnienia obywateli od władzy i ich demoralizuje, gdyż liczą na datki. Lepiej by było po prostu nie zabierać.

Z drugiej strony – skoro państwo jest rozdęte, a rodziny z liczniejszymi dziećmi żyją w biedzie, trzeba coś im zwrócić. Postulat obniżki obciążeń fiskalnych jest słuszny, a najlepiej realizować go, zaczynając od rodzin. Na razie zniżka podatkowa na dzieci jest niewielka, a w dodatku nie obejmuje podatków socjalnych (składki na ZUS i leczenie), przez co biedniejsi prawie z niej nie korzystają.

Małżonkowie mogą oszczędzić, rozliczając się z fiskusem wspólnie, co uchodzi za przywilej, a powinno być normą, gdyż podstawową komórką życia gospodarczego jest gospodarstwo domowe, nie jednostka. Z tej samej racji dochód do opodatkowania powinien być dzielony przez liczbę osób w rodzinie. Wolno tak robić tylko w rodzinach niepełnych, jakby państwo je preferowało.

Bezpośrednie zasiłki są znikome. Otrzymujący je są coraz mniej liczni, gdyż progi od dawna nie zostały podniesione, mimo inflacji. W ten sposób oszczędza się na najbiedniejszych. Zasiłki te są i tak niższe od płaconych przez nich podatków. Byłoby właściwe zastosowanie powszechnego ryczałtowego zwrotu podatku VAT od średnich wydatków na dzieci, co by dało ponad 150 zł na dziecko miesięcznie.

Inną formą ulgi byłyby ułatwienia dla firm rodzinnych. Tymczasem ułatwia się życie wielkim korporacjom, a firmy małe są obciążane wymogami formalnymi i kosztami, których wprowadzanie ma sens tylko dla firm dużych, z pełną księgowością.

Statystyki sądowe dotyczące rozwodów podają, że najczęstszą ich przyczyną jest „niezgodność charakterów”. Tymczasem z ankiety przeprowadzonej wśród dorosłych dzieci rozwiedzionych rodziców wyszło, że najczęstszą przyczyną rozwodu były złe warunki materialne. Gdy ludziom trudno związać koniec z końcem, zaczynają się kłócić… A potem laickie państwo podsuwa rozwód.

Prof. Michał Wojciechowski

pgw

Zobacz inne artykuły o podobnej tematyce

Kliknij w dowolny hashtag aby przeczytać więce

#bezrobocie, #dzieci, #dzietność, #emerytury, #rodzina, #rozwody, #ZUS