Śmierć i żałoba

2013/01/21

Kanadyjski psychoterapeuta i duszpasterz Jean Monbourguette OMI wskazuje na zasadność wieloaspektowego przeżywania żałoby. Jego refleksja dotycząca tego zjawiska wypływa z chęci dostarczenia możliwie kompletnego instrumentarium, które mogłoby stać się pomocne dla osób wchodzących w to trudne doświadczenie: „Współczesne społeczeństwa muszą na nowo odkryć, jak radzić sobie z bólem po stracie, doświadczać uleczenia oraz wzrastać pośród trudnych okoliczności”.

W pierwszym momencie, po dotarciu tragicznej informacji ze Smoleńska przeżywaliśmy szok, wstrząs. Jakby głębokie dotknięcie w głębi duszy. Niedługo potem następuje druga, chyba najbardziej dramatyczna faza żałoby – wyparcie uczuć Serce ludzkie jest tak skonstruowane, że nie chce cierpieć. Tak trudno jest nam przyjąć ból, że szukamy sposobu na uwolnienie się od niego. Obserwowanie reakcji ludzkich niekiedy budzących niechęć i zdumienie to symptomy, które psychologia zakwalifikowałaby jako wyparcie Szok powoduje, że zdarza się, iż ludzie zachowują się w sposób, wydawać by się mogło, co najmniej nieadekwatny.

Szok i wyparcie

Niektóre osoby biorące udział w społecznym przeżywaniu tego, co się stało, nie potrafiły zachować powagi sytuacji, niektórzy tracili kontrolę nad emocjami. Wśród różnych sposobów pozornego, prowadzącego na manowce przeżywania smoleńskiej tragedii, na przykład można wyróżnić nadmierną aktywność mającą przesłonić ból po stracie, co z kolei uniemożliwia owocne przeżywanie żałoby. Owszem, zrozumiałe i zupełnie normalne są zachowania takie jak gromadzenie się i wspólne przeżywanie cierpienia, publiczne okazywanie szacunku zmarłym, lecz istnieje również niedoceniana przez niektórych prywatna strona żałoby, związana z bardziej osobistym, intymnym przyjmowaniem i doświadczaniem tego, co się stało.

Kolejnym elementem takiego zbyt odchodzącego od istoty, płytkiego podchodzenia, było pochopne, nieostrożne, bezpodstawne szukanie winnych („to na pewno działanie Rosjan”) albo natychmiastowe udzielanie subiektywnie pewnych i jednocześnie programowo zamykających dalszą rzeczową refleksję wyjaśnień („błąd pilota”). Rozsądek nakazuje przecież zachowanie dystansu od takich tłumaczeń, które jednak mimo swojej nieadekwatności zdominowały media.

Zastąpić niezastąpionych

Monbourguette stwierdza, że „Najbardziej jednak szkodliwą formą wyparcia są próby naśladowania lub zastąpienia utraconej osoby w celu uniknięcia żałoby” W przypadku naszej narodowej tragedii jest to o tyle wymowne, że śmierć prezydenta spowodowała konieczność rozpisania nowych wyborów, a próba naśladowania jest tutaj wielką pokusą. Nie chodzi tu o rozstrzyganie tego, czy Jarosław Kaczyński byłby dobrym, czy złym prezydentem, ale o mechanizm polegający na próbie wypełnienia miejsca po zmarłym, które wypływa z emocjonalnej niemożności poradzenia sobie z tragedią, a nie rozważną decyzją. Emocje potrafią się wymykać wyraźnie określonym kategoriom, szczególnie ich wyrażanie może być rozmaite, na pewno jednak przeżywanie jest konieczne Sposób przeżywania żałoby może niekiedy przyjąć subtelne poetyckie formy, które poprzez metaforyczność, niedomówienie dają człowiekowi możliwość otwarcia się na ciszę, która powinna go na jakiś czas wypełnić i dać mu czas na refleksję. Strofa z wiersza Guziki Herberta napisanego w duchu pamięci po zamordowanym w Katyniu krewnym poety nabrała po ostatnich wydarzeniach nowego sensu, nowego wymiaru, uaktualniła się w niedający się przewidzieć wcześniej sposób: „przeleciał ptak przepływa obłok upada liść kiełkuje ślaz i cisza jest na wysokościach i dymi mgłą smoleński las”.

Autentyczne jest to, co osobiste. A przecież śmierć jest najbardziej osobistym momentem życia Jeśli zderzamy się gwałtownie z czyjąś śmiercią, to nie ma już miejsca na udawanie. Człowiek ma jednak w sobie głęboką potrzebę wewnętrznej równowagi, dlatego to, co zdaje się trudne i niewytłumaczalne, może spotkać się z jego strony z reakcją obronną.

Powrót do społecznej równowagi

Wreszcie, gdy przeżywający żałobę dopuszczają do siebie stratę i przeżyją ją, przejdą przez etap pożegnania Zacznie się etap refleksji nad konsekwencjami zaistniałego wydarzenia, powrotu do równowagi. Doświadczony przez traumę obozów koncentracyjnych Victor Frankl był zdania, że odzyskanie radości życia nie jest możliwe bez zaspokojenia podstawowej ludzkiej potrzeby polegającej na ocenie znaczenia tego, co się stało.

W wymiarze społecznym ważne jest pytanie, czy przeżywanie śmierci tragicznie zmarłej delegacji pozwala na budowanie autentycznej więzi, czy powoduje generowanie konfliktów Życie społeczne, gdy emocje tworzących je ludzi są rozbudzone, może płynąć w różnych kierunkach. Z jednej strony jasne jest, że łączy – potrzeba być z kimś w obliczu straty jest jasna. Z drugiej strony poczucie powagi sytuacji, oceny tego, co się zdarzyło, mogą być rozmaite. Chociaż domagaliśmy się słusznie od siebie nawzajem, aby w tak dramatycznych chwilach odłożyć na bok spory i odmienności, nie udało się to całkowicie. Obserwowaliśmy przecież pełną braku wyczucia, gwałtowną dyskusję o Wawel. Warto zauważyć, że te emocjonalne zjawiska miały miejsce kilka dni po tragicznym wydarzeniu, a więc chwili, gdy szok i tendencja do wypierania niewygodnych i przykrych emocji ustąpiły sile ekspresji wewnętrznego bólu.

Ludzie umierają, a my żałujemy, że odeszli, lecz pustka z czasem się zapełnia, bolejemy nad tym, że odeszli, ale nie ma dla nich powrotu do naszego życia. W pewnym momencie następuje wewnętrzne zamknięcie. Jeśli nie godzimy się z tym, co się stało, to nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, że oni jeszcze powrócą. Z czasem zmienia się ich obecność w naszym życiu, pozostają cmentarze, zdjęcia, wspomnienia, modlitwa. Widzimy ich w rysach naszych bliskich i budzą się w nas rozmaite uczucia.


Takich scen na Krakowskim Przedmieściu nie widziano
| Fot. Artur Stelmasiak

Niebezpieczeństwo banalizacji

Śmierć obnaża prawdę nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale także społecznym, tymczasem dysonans między obecnym w mediach przyzwoleniem na jej lekceważenie przygniata, Koniec czyjegoś życia jest początkiem czegoś innego, Niekoniecznie jest to głęboka refleksja, lecz może to być także towar sprzedawany w mediach, Dziennikarze, reporterzy żądni coraz to nowych sensacji szukają wciąż nowego tematu Szymborska wskazuje na zjawisko bezduszności mediów w wierszu Koniec i początek:

Ktoś musi zepchnąć gruzy Na pobocza dróg, Żeby mogły pojechać wozy pełne trupów. (…) Wszystkie kamery wyjechały już Na inną wojnę.

Przeżywaliśmy niedawno podobną sytuację, ktoś musiał ugasić pożar i posprzątać wrak samolotu, ktoś musiał zidentyfikować dziesiątki zmasakrowanych zwłok. A zatem, chociaż żyjemy w epoce banalizacji, często nawet barbaryzacji śmierci, to jej uderzenie sprawia, że dotykamy sprawy, która nas przerasta.

Chyba rację miał inny jeszcze psycholog Rollo May, pisząc o nimis simplicandum – nadmiernej banalizacji ludzkich problemów, która staje się często udziałem współczesnych profesjonalistów od duszy.

Dlatego trzeba spojrzeć głębiej, aby dostrzec ten podstawowy fakt, że śmierć pozwala zobaczyć samego siebie w procesie stawania się i przemijania. Żałoba i jej przeżywanie to w sensie egzystencjalnym myślenie o styczności życia i śmierci. Chociaż nie mamy do niej bezpośredniego dostępu i jest jakieś ziarno prawdy w słowach Epikura: „gdy my jesteśmy, nie ma śmierci, gdy jest śmierć, nie ma nas”, to w żałobie uchylony zostaje rąbek tajemnicy. Sprawia, że z poziomu nieautentycznej bieganiny, z poziomu życiowego zabałaganienia, zaplątania w dziesiątki spraw zostajemy sprowadzeni na ziemię. Oczywiście, możemy oddawać się filozoficzno-teologicznym dywagacjom na temat śmierci, jak na przykład czynił Ladislaus Boros w Mysterium mortis, lecz taka refleksja może nastąpić jedynie w warunkach spokoju, gdy ból obecny w sercu przycichnie, a żałoba się dokona.

Ku prawdziwej więzi

Wydarzenia z 10 kwietnia powodują konieczność postawienia pytania o znaczenie sposobu śmierci delegacji dla narodu polskiego. Jan Paweł II pisał w Pamięci i tożsamości: „Katolicka nauka społeczna uważa zarówno rodzinę, jak i naród za społeczności naturalne, a więc nie owoc zwyczajnej umowy. Niczym innym zatem nie można ich zastąpić w dziejach ludzkości”. Czy jednak naród polski, będący przecież zamysłem Bożym, dziś nie jest zagrożony? Przecież tak krytyczne były na przykład diagnozy Rafała Ziemkiewicza (Polactwo) i Ryszarda Legutki (Esej o duszy polskiej) wydawane w ostatnich latach.

Gdy obserwowaliśmy zachowania naszych rodaków na ulicach Warszawy i Krakowa, okazało się, że mają w sobie ogromne zdolności do patriotyzmu, publicznie okazywanego współczucia, poświęcenia, wspólnoty. Jeden z komentatorów, Paweł Chojecki z Lublina, wyraził nawet przekonanie, że „z motłochu możemy stać się znowu narodem, społeczeństwem, które ma wspólne wartości, które widzi w sobie braterstwo, jakąś chęć walczenia dla wspólnej sprawy To zrodziła jedna śmierć”.

Czas pokaże, jakie będą długofalowe skutki tej tragedii. Pewne jest natomiast, że harmonia życia społecznego nie polega na chwilowym zrywie, ale na dążeniu do wytworzenia i nadprzyrodzonego wzmacniania sieci trwałych porozumień, więzi między osobami, do sytuacji, w której Chrystus żyjący we mnie widzi Chrystusa w tobie.

Adam Wątróbski

Artykuł ukazał się w numerze 05/2010.

© Civitas Christiana 2024. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie: Symbioza.net
Strona może wykorzysywać pliki cookies w celach statystycznych, analitycznych i marketingowych.
Warunki przechowywania i dostępu do cookies opisaliśmy w Polityce prywatności. Więcej